środa, 2 września 2009

projekt okna


anioł

zamknięty

w moim wnętrzu

co wieczór

swym uśmiechem

przywraca do życia

zapomniane marzenia…

Kolejny projekt… Znów zamęt myśli, poszukiwania, planowania, projektowania, machanie pędzelkiem… w przerwie siadam i pisze parę słów… jestem w swoim „piekiełku” ale przynajmniej nie widzę często unoszonych brwi, po co to robisz… i zagadkowego uśmieszku ile z tego mam…


W to co robię wkładam najwyższy możliwy wysiłek. Wierzę w dawanie radości innym ludziom, czynienie dobra, uczciwość… choć wielu mi mówi, że się nie opłaca… ja już miałem swoje przejścia i wiem, i wierzę, i jestem… teraz mój świat nabiera innych wymiarów, a inni mogą sobie mówić co się im tylko podoba, w końcu jesteśmy wolni… (może nie tak do końca… ale niektórzy mają tego świadomość, a inni żyją w błogiej nieświadomości swojego ograniczenia…)


Poza tym codziennie walczę ze swoimi potworami… Tak samo się boję… Boję się nudy… rutyny i banalności. W jakiś sposób jestem codziennie na nie skazywany, więc jestem też codziennie zmuszany, aby odkrywać w banalnym niebanalne…


Kiedyś brnąłem poprzez świat bez głębszego zastanowienia nad kolejnymi krokami, teraz też zdarza mi się popełniać błędy, ale gdybym wówczas rozumiał to co dzisiaj rozumiem, wielu bym nie popełnił… jednak to była moja ścieżka i musiałem ją przejść aby móc robić to co dzisiaj robię, mieć marzenia, które dzisiaj mam…


Nierozumienie czy niechęć rozumienia (zwykła ślepota) pieści i pielęgnuje naszą niedojrzałość… Gdy dzieje się coś nie po naszej myśli, winimy za to cały świat. Taką świadomość można ciągnąć przez całe życie… Można ale nie trzeba…


W pewnym momencie zacząłem dostrzegać drugiego człowieka… dostrzegać dlaczego ktoś jest zły, a dlaczego dobry, to bardzo pomogło w dostrzeganiu siebie, ocenianiu swoich decyzji i podejmowaniu kolejnych… Żeby to wszystko się mogło wydarzyć, musiałem sam dostrzec swój własny egoizm. To przykre odkrycie ale ma uzdrawiającą moc… pozwala na dostrzeżenie wielu spraw, na zrozumienie siebie i w konsekwencji pracy nad sobą, nad swoimi słabościami…


Na zdjęciu klasowym, chyba w piątej czy szóstej klasie podstawówki, jestem jedynym uczniem, który ma opuszczoną głowę na dół, wszyscy patrzą w obiektyw ja pod nogi… Wiele razy patrząc na to zdjęcie myślałem, że po prostu spojrzałem na chwilę i akurat wtedy fotograf pstryknął… nic błędnego… moja głowa opuszczona była przez niezrozumienie i samotność…


Samotność towarzyszy mi od dziecka. Lubiłem samotne zabawy, później wypady na grzyby czy na ryby… Chciałem mieć dziewczynę, która mi się bardzo podobała – ale okazało się, że to nie takie proste… Później bywało lepiej i gorzej, ale wśród ludzi odzywał się mój egoizm, trochę indywidualizm ale przede wszystkim chęć poszukiwania, ciągła wędrówka raniła bliskie osoby, nierozumienie powodowały częste ucieczki, w końcu doszedłem do wniosku, że skoro mam takie problemy… to czy lepiej po prostu zamiast odpychać samotność od siebie na siłę, zaakceptować ją i zadać sobie pytanie dlaczego stała się ona naczelną cechą mojego życia… Wtedy coś się zmieniło… zacząłem rozumieć, że tylko w samotności mogę usłyszeć to, czego pragnie i czuje moja dusza w najgłębszych swoich pokładach…


Tak jak wszystko samotność ma swoje dobre i złe strony. Dobra to ta, która każe nam szukać, a zła odsuwa od ludzi. Samotność uszlachetnia i upadla jednocześnie. Są ludzie, którzy do wielkich rzeczy dochodzą ot tak sobie, żyjąc codziennością, ale są też tacy, którzy mogą dojść do nich tylko poprzez wyrzeczenia… Ważne jest to aby w końcu zrozumieć siebie. Dopóki tego nie osiągniemy, niszczymy się sami i wszystkich wokół…


Zaakceptowałem to, bo nie mogłem wciąż przebierać się w nieswoje szaty. Wziąłem sobie do serca słynną sentencję Nietzschego: Stań się tym, kim jesteś… Oczywiście staram się zawsze wychodzić poza swoje ograniczenia. Nigdy nie należy spoczywać na laurach, trzeba wciąż iść dalej i ciężko pracować. To nie my jednak decydujemy o jakości i charakterze, wszystko po prostu jest w nas i takie jakie jest przychodzi na świat…


Wszystko trwa i my trwamy… Szklanka jest do polowy pełna… nic nie jest tylko czarne i białe… Wierzę w to… Równowaga na świecie jest jeszcze zachowana, pomimo głupoty, niedouczenia, okrucieństwa wojen i ludzkiej podłości. Świat wciąż rodzi i nawraca ludzi uduchowionych, którzy przeciwstawiają się temu światu… Niewielkie uczynione dobro, gdyby je położyć na szali, przeważy tonę zła i jest bardzo zaraźliwe. To daje jeszcze nadzieję, że dopóki człowiek żyje, trzeba wierzyć, że jest jeszcze szansa na zmianę…





dawne marzenia

spięte pajęczą siecią

w oknie mojej tęsknoty

roziskrzyły się

poranną rosą

w moich oczach…

Moje okna w Czernicy pojawiają się, jak to często bywa, drogą różnych splotów wydarzeń, była inscenizacja Drogi Krzyżowej w formie monodramu właśnie w Czernicy, później Strzecha z obrazami i spojrzeniem z perspektywy wysokości na świat…

W Czernicy stoi wieża, pozostała samotna po kościele ewangelickim… Zamysł powstał taki, aby tchnąć w nią życie, aby wróciła z zakurzonego i zaptaszonego świata i stała się miejscem ważnym… W przyszłym roku będzie obchodzić 100 lat, więc czas rozpocząć urodzinowe przygotowania…

Okna… są częścią naszego życia. Przez nie wyglądamy na świat, patrzymy czy goście idę i jak odchodzą, machając na pożegnanie… Przez okno zaglądamy w deszczowy świat dudniących po parapecie kropelek a zima zaszrania je przepięknymi mozaikami bieli…

Okna stały się symbolem tego projektu, a sam projekt zaprasza do refleksji i spojrzenia na Czernicę, położoną wśród przepięknych pagórków, zieleni i czerwieniących się dachów… Jest wiele miejsc takich w Polsce… ja odnalazłem Czernicę… ale każdy może mieć swoją własną, cichą, rozzielenioną, z kawałkiem historii i tajemnicy…

Dla mieszkańców projekt jest zaproszeniem do spojrzenia na to co ich w codzienności otacza z innej perspektywy, oczami malarza… dla gości jest zaproszeniem do przeżywania ciszy i kol0rów tego miejsca…

Chciałbym żeby okna stały się symbolem naszych marzeń, szczególnie dla tych, którzy mówią mi, że nie potrafią albo, że nie warto… aby spojrzeli za okno i uwierzyli, że gdzieś tam czekają marzenia, które tylko od nas zależą czy wymyślimy je i czy będziemy dążyć w ich realizacji…

Pomiędzy oknami znajdziecie grafiki i szydełkowe rękodzieła Ewy oraz moje olejne spojrzenie na Czernicę… Obrazy w których uczucie łączy się z myślami i wypływa na płótno poprzez rękę, dłoń, pędzel… Dzięki temu mogę dzielić się swoją wrażliwością i kiedy słyszę, że kogoś „ruszyło”, wiem, że ma bliską mi tą właśnie wrażliwość…

Wystawa to moment dzielenia się i zamykania. Rodzaj małej twórczej śmierci. Od tego momentu te obrazy już nie są tylko moje… Oderwały się ode mnie, zaczynają żyć własnym życiem…

Wszyscy myślą, że wernisaż to fajna zabawa, a dla mnie to bardzo duży przełom, jest radość, że ludzie dzięki mnie coś poczuli, coś znaleźli, coś odkryli, ale jest też smutek rozstania, to już koniec… emocje opadają… co dalej…

Taki stan miałem tuż po Werniksie, pustka… Nie mogłem sobie znaleźć miejsca, stałem się chłonny na wszelkie bodźce z zewnątrz aby tylko zapełnić tą pustkę… Maj był bardzo ciężkim miesiącem…

Lipiec i sierpień sumiennie przepracowałem, powstały wszystkie projekty obrazów, powstały obrazy, ręce znów mi popękały, wieczorami waniałem werniksem jakbym się nim opił, poplamiłem kolejne dwie koszule, ulubione spodnie, bo na szybko chciałem coś domalować…

Powstały kolorowe plamy, kreski, światła i cienie…

Projekt – Okna…

Czernica daleka i bliska…

Zapraszam…



każde spojrzenie

w oknach

odbite marzenie

zostawia ślad

w moim sercu

niczym poranny

zapach niezapominajki

błękitem narodzin

obrazu…

Ostatnio przeczytałem, że cała sztuka jest śpiewem godowym człowieka… który z czasem nazwano właśnie sztuką… podzielono na kategorie, rodzaje i gatunki, zamkniętą w bibliotekach, muzeach, galeriach i uznano za wyraz niezwykłości homo sapiens…

kiedy myślisz

że się już nie zdarzy

nic takiego

co by radość niosło

gwiazda spadła

spełniło się marzenie

może nie to największe

ale takie co

znów pozwala

uwierzyć…

Nad ranem złapał mnie straszny skurcz nogi w łydce, kilka lat temu strasznie bym panikował, próbowałbym ruszać nogą, rozmasowywać, co powodowałoby jeszcze większy ból. Dzisiaj leżałem spokojnie, napiąłem nogę naciągając palce w górę… i czekałem aż przejdzie. Powoli mięśnie się rozluźniały, skurcz minął ale ból pozostał, nie było mowy o śnie… Coraz częściej przytrafiają mi się takie przygody, śmieję się, że wchodzę w wiek w którym jak się budzę i nic nie boli to znaczy, że umarłem…

Często w takich chwilach zaczynam rozmyślać nad tym, czy jest coś po drugiej stronie… Jako dziecko często bałem się zasnąć… Bałem się, że już się nie obudzę… Już wtedy prowadzałem rozmyślania co jest po drugiej stronie… W okresie pierwszej komunii próbowałem o tym rozmawiać z księdzem, miałem z tego powodu małe nieprzyjemności, no bo jak to mogę nie wierzyć… ja to odczuwałem bardziej jako poszukiwanie odpowiedzi…

Dzisiaj wiem, że to raczej nie sprawa wiary ale niepokoju czy przeczucia. Bo tak naprawdę nie wiadomo, co tak naprawdę jest… Każdego nawiedza niepokój metafizyczny ( prawie każdego), nawet jeśli się tego nie nazywa albo nie rozumie… To jest podstawowy niepokój ludzi, całego człowieczeństwa i ciągłe poszukiwania odpowiedzi albo chęć zapełnienia tej pustki, tej niepewności…

Mówi się, że sztuka jest próbą uśmierzenia tego niepokoju. Dzieła żyją i często zapewniają twórcom życie po życiu… Dla wielu ludzi wydaję się ona rzeczą bezużyteczną, a jednak tyle czasu trwa i nic nie zapowiada jej końca… Jest potrzebą natury metafizycznej… Często dopiero dzięki niej zauważamy, że coś jest, że potrafimy coś przeżywać, że potrafimy coś zauważyć, coś czego wcześniej nie widzieliśmy, nie byliśmy świadomi…







stanęła

między tobą a mną

zamyka mi usta

gdy chcę jeść

otwiera oczy

gdy chcę spać

jest

jeszcze

nieokreślona…

Noga boli cały dzień… kolejny dzień nad drzewami sawanny – akacjami na tle późnowieczornego słońca… za grube, za cienkie, za czarne za brązowe… zmierzam się z tym obrazem już od paru tygodni, kiedy nie mogę przeskoczyć odstawiam i wracam za kilka dni. Mam go w głowie, ale nie może ze mnie wypłynąć… jakbym miał zatwardzenie…

Powstaje kolejny młyn i cały czas praca nad rysunkami do bajki… czas przeplatany malowaniem, obowiązkami, rozmyślaniem, pisaniem i próbami snu… to ostatnie wychodzi mi najgorzej… kiedy już uda mi się zasnąć łapią mnie skurcze albo śnią mi się jakieś głupoty…

O mnie: Kiedy zacząłem naprawdę świadomie żyć, dostrzegłem jak wiele jest do zrobienia. I choć mam tak mało czasu, to warto cieszyć się tym małym skrawkiem życia, które mi pozostaje… Znaleźć czas na posłuchanie siebie, znaleźć bliską osobę, z którą można dzielić i odkrywać świat swoich uczuć i emocji, marzeń i trosk. Dostrzec wokół utraconych przyjaciół. Książki wciąż odkładane na inny czas. Zobaczyć siebie…

Kiedy sobie to uświadomiłem, zrozumiałem wartość upływającego czasu. Ode mnie zależy wybór jak przeżyję życie…

Jeżeli chcecie coś zmienić w swoim życiu zacznijcie od rzeczy drobnych. Zmiany, które są zbyt szybkie zniechęcają, uruchamiają lęk, włączają mechanizmy obronne, które tworzą trudne to przebycia zasieki… Trzeba przyzwyczajać się do zmian, nowych postanowień, nowego życia, pobyć w nich trochę, oswoić się. Mieć czas aby przyzwyczaić się do nowego. I nie bać się, wszystko co nowe, wszystkie zdarzenia rozwijają nas… I zastanowić się nad tym, czego pragniemy, jakie mamy marzenia do których chcemy dążyć… Możemy to zacząć każdego dnia…

samotność

drżąca prośba o miłość

szeptana przed snem

do Anioła Stróża

od dawna głuchego

z nieśmiertelną nadzieją

że jutro…

… może tak

jak we śnie

cię znajdę…

Otwarte przestrzenie to ostatnio moje ulubione miejsca na rozwijanie swojej twórczości. Majowe werniksowanie na Strzesze z pięknymi Karkonoszami w tle, wrześniowa pagórkowata, rozieleniona Czernica… wszędzie otwarta przestrzeń, piękno w kolorach, zachodach słońca i domach które wrosły w ten pejzaż i z nim współgrają…

Coraz mniej jest takich miejsc… Boli mnie coraz bardziej widok niszczonego w Polsce krajobrazu… Setki tysięcy małych katastrof składają się na jedną w sumie wielką katastrofę….

Czy nie macie wrażenia, że nasz kraj zabudowany bez ładu i składu zaczyna wyglądać jak sen wariata? Że coraz częściej widzimy w miejscach o niesamowitym krajobrazie szpetne budynki niepasujące w ogóle do miejsca? W Europie obowiązują rygorystyczne przepisy dotyczące planowania przestrzennego, nawet w USA gdzie wolność jest podstawową wartością, ogranicza się prawo do budowania, jak kto chce, bo to zbyt kosztowne społeczne… A u nas tej wolności coraz więcej…

Wykupują sobie „ślimaki” z wypchanymi kieszeniami kasą kawał ziemi, na górce, od biednego, rolnika i stawiają moloch trzypiętrowy z dwumetrowym murem, czterema garażami i niszczą całe piękno… Moralnym prawem całego społeczeństwa jest zachowanie tych najpiękniejszych miejsc w naturalnym stanie, jednak są tacy, którzy uważają, że są równiejsi… albo po prostu za mało rozwinięci żeby dostrzec to i zrozumieć…

Czasami już nie mam siły i zastanawiam się po co o tym myślę i piszę, ale nie potrafię inaczej - boli mnie kiedy ktoś pozbawia mnie pięknych widoków z dzieciństwa…


Inteligencja duchowa – drzwi do lepszego życia…



Każdy z nas posiada wrodzoną inteligencję duchową, która jest uważana za kwintesencję człowieczeństwa. Ten rodzaj inteligencji ułatwia dialog między rozumem a emocjami, umysłem a ciałem… sprawia, że widzimy sens naszych zmagań z życiem, a przede wszystkim pozwala nam odróżnić dobro od zła…

Współczesny świat doprowadził człowieka do największego kryzysu naszych czasów, czyli do kryzysu duchowego…

Dostrzegamy i przeżywamy tylko to, co bezpośrednie, widoczne i praktyczne. Jesteśmy ślepi na głębsze poziomy symboliki i znaczenia, które tworzą egzystencjonalny kontekst dla otaczających nas obiektów, wykonywanych czynności i nas samych. Widzimy kolory lecz nie dostrzegamy ...



Niewielu z nas zadaje sobie pytania:

O co chodzi w moim życiu?

Po co mi to wszystko?

Dlaczego biorę udział w ty wyścigu?

Czego tak naprawdę pragnę?





Dawniej w ogóle nie zadawano by sobie takich pytań. Rytm życia był harmonią z przyroda i kulturą, uporządkowany i prosty. Tradycja, kultura, społeczność w jakiej się żyło wyznaczało niezmienne granice zachowania człowieka. Funkcjonowały jeszcze kodeksy moralne… Każda czynność miała określony sens i zmierzała do precyzyjnie określonego celu.

Czynności stawały się rytuałem… jedzenie, nauka, praca, odpoczynek, miały wartość sakramentu, były ważną , niezmienną częścią życia…

Właśnie to różni człowieka współczesnego od jego dalekiego przodka. Różni doświadczenie. Doświadczenie przeżywania… duchowości…

Dzisiaj desakralizacji ulegają nawet święta. Wielkanoc, Boże Narodzenie traktowane są w kategoriach ważnych wydarzeń, pretekstu do objadania się i gorączkowych zakupów. Ilu z nas faktycznie przeżywa święta? Skupia się nad ich sensem, nad ich przesłaniem. Ilu z nas tego pragnie? Pragnie owego świętego przeżywania?

Tylko po co sobie utrudniać świąteczną bibę pragnieniem świętości?

Dlatego, że posiadamy wrodzoną inteligencję duchową. Ani bowiem inteligencja racjonalna, ani emocjonalna, ani nawet ich połączenie nie wystarczą, by w pełni opisać złożoność ludzkiego zachowania i zdolności…

Co to takiego owa inteligencja duchowa?

To wewnętrzna, wrodzona zdolność ludzkiego umysłu i psychiki, czerpiąca swe bogactwa z serca i wszechświata. Tym co przede wszystkim odróżnia inteligencję duchowa od emocjonalnej, jest właśnie zdolność przemiany. O ile inteligencja emocjonalna pozwala nam rozeznać się w swoim położeniu i adekwatnie do niego zachować, o tyle inteligencja duchowa prowokuje do stawiania pytań:

Czy w ogóle chcę pozostać w tej sytuacji, czy raczej zdecydować się ją zmienić?



Ten rodzaj inteligencji nie musi wiązać się z religią. Owszem, może poprzez nią się wyrażać, ale religijność nie oznacza posiadania wysokiej inteligencji duchowej. Każda religia daje poczucie przynależności, akceptacji. Silne przekonania religijne sprawiają, że mamy głęboką świadomość celu do którego dążymy. Pod warunkiem oczywiście, że nie jesteśmy zaślepionymi fanatykami, gdyż to przesłania nam ważniejszy, drugi poziom duchowości obejmujący najistotniejsze ludzkie wartości: dobroć, życzliwość, współczucie, troska…

Co nam daje inteligencja duchowa?

Inteligencje emocjonalna i racjonalna mogą czasem wyprowadzić nas na manowce. Inteligencja duchowa nigdy nas nie zawiedzie. Ona ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany. Sprawia, że jesteśmy kreatywni, kontaktuje nas z naszą twórczą spontanicznością. Pomaga nam uświadomić sobie problemy egzystencjonalne, rozwiązywać je albo przynajmniej pogodzić się z nimi. Sprawia, że widzimy sens naszych zmagań z życiem. Pozwala wniknąć w istotę rzeczy, ujrzeć jedność istnienia pomimo różnic, dotrzeć do naszych możliwości i wykorzystać je. Dzięki niej możemy wieść bogatsze życie…

Życie wielu z nas jest dziś boleśnie pokawałkowane. Tęsknimy za tym, co Eliot nazwał: dalszą jednością, głębszą wspólnotą… ale nie znajdziemy jej ani w sobie, ani w istniejących symbolach czy instytucjach naszej kultury…

Naszym ratunkiem jest rozwijanie ducha. Każdy człowiek powinien wstąpić na ścieżkę duchową, która najlepiej pasuje do jego stanu umysłu, naturalnych skłonności, temperamentu, przekonań, wartości wyniesionych z domu i korzeni kulturowych.

Wielu patrzy na mnie jak na kosmitę, kiedy mówię o swoich emocjach, o przeżywaniu, o sile ducha w sobie, o postrzeganiu świata – wiem, że to jest wina właśnie braku wartości, korzeni kulturowych czy chorych skłonności…

Tym ludziom najtrudniej jest zapełnić pustkę. Wszyscy jednak potrzebujemy podstawowych wartości duchowych, bez nich życie staje się jałowe, ciężkie, człowiek nie jest szczęśliwy, cierpi rodzina, my sami…

Takie wartości jak: współczucie, tolerancja, zdolność wybaczania, opiekuńczość, są najważniejszymi wartościami duchowymi ponieważ nie mogą współistnieć z negatywnymi stanami umysłu.

Jak podążać do naszej duchowości?

Przede wszystkim poprzez pielęgnowanie tego co dla nas święte. Poprzez tworzenie własnych rytuałów życia. Przez dobre uczynki, uważne słuchanie świata i wychodzenie bliskim naprzeciw. Poprzez praktyki duchowe, które nie mogą opierać się jedynie na uczestnictwie w religijnych obrzędach, nie tylko na modlitwie, ale na ćwiczeniu własnej duchowości - odpowiedni stan umysłu, nastawienia do ludzi, podejścia do życia… Czasami, aby dotrzeć do tych najgłębszych pokładów naszej duchowości trzeba zaznać rozpaczy, bólu, cierpienia, straty. Wtedy doświadczamy głęboko ukrytej tęsknoty za sensem swojej ludzkiej egzystencji.



Zadajemy sobie pytania:

Po co żyjemy?

Dlaczego właśnie tak?

Jaki sens ma to co robimy?

Gdy zadajemy pytania, jesteśmy bliżsi światu, niż wtedy, gdy wydaje nam się, że znamy wszystkie odpowiedzi…







piątek, 7 sierpnia 2009



Jeszcze jeden telefon,
jedna rozmowa.

Jeszcze ta sprawa i tamta…

Czy wszystko aż tak ważne?

A gdyby zatrzymać się na chwilę?

Powstrzymać pędzący strumień myśli.
Na chwilę umrzeć dla czasu…

Takie zatrzymanie nie ma nic wspólnego z biernością.

Kiedy postanawiamy znowu ruszyć, będzie to inny ruch – dzięki zatrzymaniu stanie się żywszy i bogatszy. Droga którą nazywamy życiem, ma kierunek, rozwija się chwila za chwilą: to co dzieje się teraz, wpływa na to, co zdarza się potem.


O czym myślimy?

Co robimy?

Jaką przyszłość tworzymy?

Świadomość to odzyskiwanie czasu życia…

A gdyby tak nie oglądać telewizji, tylko namalować obraz, napisać opowiadanie, pójść nad rzekę i popatrzeć na kamienie…

A gdyby tak nie słuchać kolejnej debaty politycznej, tylko porozmawiać z bliskimi…

A gdyby, zanim jakaś głupota uderzy do głowy, wziąć głęboki oddech i się uśmiechnąć…

A gdyby tak nie przywiązywać się do myśli, że coś ze mną nie w porządku, ale pomyśleć, że wszystko w porządku skoro istnieję…

A gdyby tak wstać o świcie, pójść do lasu i usiąść pod drzewami. A po powrocie policzyć ile razy na parapecie usiadł gołąb – czy tak jak wczoraj 14 razy?...

A gdyby tak pójść na spacer, mimo że pada deszcz…

A gdyby tak nie kupować ósmej pary butów na zimę…

A gdyby tak nie jeść piątej kremówki tylko napić się wody…

Świadomość jest przeciwieństwem rutyny, życia automatycznego, pozbawionego świadomości i wrażliwości…

Jak odnaleźć spokój?

Tylko nielicznych stać na zamknięcie się na pół roku w jakiejś greckiej pustelni i kontemplować spokój…

Sztuką jest odnaleźć spokój w chaosie zwykłego, codziennego życia, pełnego odpowiedzialności i wymagań…

Najważniejsza jest świadomość, że każdą chwilą tworzymy nasze życie, przyszłość, że teraźniejszość jest ukształtowana przez przeszłe myśli, słowa i zachowania. Na ogół reagujemy nawykowo, kierowani głęboko zakorzenionym lękiem i niepewnością. Impet mechanicznych zachowań zabarwia następną chwilę. Dni, miesiące, lata mijają niezauważone, bezcelowe i niedocenione…

Jest tylko jeden sposób, aby wpłynąć na to, co się wydarzy: z troska i wnikliwością współistnieć z tą właśnie chwilą…

Chodzi właśnie o chwilę zatrzymania. Niedocenioną chwilą świadomości. O naturalną prostotę, czyli robienie jednej rzeczy naraz i pamiętanie, że jesteśmy właśnie dla niej.

Jestem z psem na spacerze.

Piszę opowiadanie.

Maluję obraz.

Wspinam się w górach.

Rozmawiam z przyjaciółmi.

Patrzę na świat.

W takiej właśnie chwili nie istnieje nic więcej, tylko patrzenie, słuchanie, pisanie, malowanie – przeżywanie.

Jestem tą chwilą.

Żyję.

Jestem tą chwilą…

Na tym polega smak życia.

Najważniejsza jest tutaj świadomość, że każdą chwilą tworzymy nasze życie, przyszłość, że teraźniejszość jest ukształtowana przez przeszłe myśli, słowa i zachowania...

Jest tylko jeden sposób, aby wpłynąć na to, co się wydarzy: z troską i wnikliwością współistnieć z tą właśnie chwilą…

Uważność to odzyskiwanie czasu życia...

Mniej nawykowych działań – oglądania telewizji, szalonych zakupów, jedzenia do przesytu, zabawiania się na śmierć – czyli więcej smakowania, dotykania, karmienia…




Istnieję ponieważ ty istniejesz. Ty istniejesz dlatego, że ja istnieję. Żyjemy w wielu planach, wymiarach i czasach…

Wielowymiarowość rzeczywistości, świat, którego nie sposób zmierzyć ani dotknąć a przecież najbardziej realnym, znanym bo odwiecznym…
Żyjemy w różnych rzeczywistościach, przestrzeniach i czasach – w hiperprzestrzenni – ale ignorujemy to. Lgniemy do rzeczywistości „uzgodnionej” gdzie królują terminy, plany i czas linearny pomijając świat snów i silę ciszy – potężne moce, które na nas oddziałują.

Odczucia podobne jak większość doświadczeń wewnętrznych, mają inny rytm niż ten mierzony zegarem.

Rzeczywistość uzgodniona, zaplanowana, jest gorsza od wirusa, to nasz wróg numer jeden, ponieważ skłania do zajmowania się tylko nią, jakby była całą rzeczywistością, a w istocie jest tylko minimalną częścią przewijającego się życia.

Bagatelizowanie świata uczuć, snów, fantazji, a także najsubtelniejszej z sił – sile ciszy – przynosi problemy i irytację, znużenie, a często także chwilową depresję.

W krainie snów wszystko jest żywe i stanowi część procesu życia. Siła ciszy powoduje, że życie staje się twórcze i zachwycające, a my czujemy się dobrze i zdrowo. Odczucia z tym związane stają się naszym sprzymierzeńcem w poszerzaniu świadomości, lekarstwem uzdrawiającym nasze życie.

W dawnej Grecji, kobiety i mężczyźni trudniący się rybołówstwem gromadzili się rano, popijając kawę i zastanawiając się, czy nadeszła Kairom – właściwy moment wyruszania na połów. Jeśli Kairom było, rybacy zabierali się do pracy. Oni mieli kontakt z wielowarstwową rzeczywistością, z siłą ciszy – i to ona wyznaczała najlepszy czas na działanie.

Właśnie tego czasu nam brakuje.

Ten czas musimy odzyskać.

Pamiętajmy o prostych rozmowach, podaniu ręki, uścisku, zwykłym „dzień dobry”…

Łącząc się poprzez tak drobne, subtelne gesty i słowa, ciszę i uczucia, które są dookoła nas wpływamy na czas, na przestrzeń, na naszą rzeczywistość…


Życie to filiżanka kawy. Albo świt. Mglisty poranek. Całe dobro i cale zło. Takie jest życie. Aż do śmierci.


W dzisiejszym świecie idea, jakkolwiek wielka nie będzie atrakcyjna, dopóki nie stanie się dobrym interesem.

...

Późny wieczór, powinienem się trochę przespać – przecież mamy wakacje – a ja zadaję sobie pytanie, na które znów rozpiszę się do rana…

Czy wiecie czego nam w Polsce brakuje?

Kultury.

Wystarczy rozglądnąć się dookoła, na naszych oczach nikną kryteria kulturowe, na których ten świat jest oparty. I nie jest to efekt półwiecza komunizmu czy uboczny skutek transformacji. Sprawa jest bardziej poważna. Jest jakiś groźny wirus w korzeniach dzisiejszej cywilizacji, w źródłach kultury, naszego człowieczeństwa i rzeczywistości duchowej.

W całym naszym doświadczeniu, z którego wyrasta wielka literatura, wielka filozofia, wzorce moralne czy jakość ludzkich relacji. Zanikają nawet takie kluczowe pojęcia jak honor i przyzwoitość. W tych sprawach do dobrego tonu należy dziś sceptycyzm, który przeradza się w cynizm.

Modne stało się demonstrowanie wiary, że w rzeczywistości żadnych zasad nie ma. Może kiedyś były ale dziś nikt się nimi nie przejmuje i są już tylko interesy.

Dzisiaj, kiedy ktoś mówi o zasadach, to głównie jako obowiązujące innych. Dla siebie mamy zawsze dobre usprawiedliwienie. Jak ktoś odwołuje się dzisiaj do wysokich wartości, to raczej nie po to żeby się nimi kierować tylko żeby komuś dołożyć. I niestety ogół się na to godzi. Sporadycznie zdarzy się jakiś krzyk rozpaczy… ku zaskoczeniu wszystkich…

Honor, zwykła przyzwoitość, te pojęcia znikają.

Może to są pojęcia przestarzałe?

Honor dziedziczyło się przecież ze szlachectwem a przyzwoitość była spoiwem mieszczaństwa… ale ogół też aspirował aby tym wartościom sprostać. Dzisiaj ogół się z nich śmieje…

Nie jest to problem nowy. Pojawił się już pod koniec XVII wieku wraz z rozwojem naukowym. Szczytem rozwoju humanistyki i kultury – jako szeroko rozumianej sztuki, życia duchowego – był wiek XV i XVI.

Ówczesna eksplozja humanistyki była wybuchem energii duchowej nagromadzonej w kontemplacji całego średniowiecza.

Potem rozwój techniczny stopniowo wypierał humanizm z kultury, aż wreszcie doprowadził do radykalnego antyhumanizmu. Jak to możliwe, że w XVI w. Pico Della Mirandila głosił pochwałę godności człowieka, a już dwieście lat później La Mettrie pisał książkę pt. „Człowiek maszyna”, a w wieku XIX pojawił się materializm wulgarny, który twierdził, że nie ma różnicy między myślą a uryną, bo tak jak nerki wydzielają mocz, tak mózg wydziela idee.

Wprawdzie była wielka humanistyka choć coraz mniej liczna po XVI wieku, w XVII wieku, w XIX wieku, w XX wieku… Ale tendencja była i jest trwała. Coraz mniej humanizmu, a coraz więcej techniki i technicznie rozumianej ekonomii. Coraz mniej myślenia, coraz więcej liczenia. Jest tendencja, żeby doceniać to co sztuczne, użyteczne, utylitarne, a spychać na margines wszystko to, co czyniło nas ludźmi…

Tendencja ta jest stara, nowe jest to, że nie potrafimy się jej przeciwstawić. W XIX wieku był podobny kryzys. Fascynacja materią, technologią, fizyczną rzeczywistością. Pojawił się humanistyczny deficyt odczuwany z podobną intensywnością jak dziś. Wtedy przyszła reakcja w postaci nowego zainteresowania rzeczywistością duchową.

Był to spirytualizm krytykujący ówczesny światopogląd naukowy. W 1908 roku pierwszego filozoficznego nobla z literatury dostał Rudolf Eucken za głoszenie filozofii rozwoju duchowego.

We Francji Louis Lavelle i Rene Le Senne założyli wtedy czasopismo „Espiryt” – czyli „Duch”. Pojawiła się fenomenologia, personalizm chrześcijański, filozofia dialogu. Wszystkie te nurty upomniały się o rzeczywistość duchową. Zderzenie z technologią przyniosło ogromny rozwój filozofii i humanistyki. Wielki wysiłek został wykonany dla zrozumienia zmieniającego się świata i ludzkiej kondycji w tym świecie.

Niektórzy mówią; I do czego to doprowadziło?

Fakt, z tego myślenia i szukania wyłonił się faszyzm, komunizm, masa nieszczęść XX wieku…

„Bezmyślność ma złe skutki, ale skutki myślenia bywają jeszcze gorsze”

Ale pamiętajmy, że bezmyślność to pustak. Hegel opisywał taki powrót do pierwotnego raju niewiedzy, w którym pasterze nie różnią się od owiec. Zresztą niewielu intelektualistów zaangażowało się w te najgorsze ruchy. Większość odrzuciła hitleryzm i straciła prawo pracy na uniwersytetach, nie mówiąc o tych co nie zaakceptowali stalinizmu...

Podobnie komunizm w Polsce został odrzucony przez myślicieli z naszej najwyższej półki. Młodzi, którzy mu na początku ulegli, szybko od marksizmu odeszli. Zmarły kilka dni temu profesor Leszek Kołakowski, sam przez własne myślenie się z tego wyrwał. Dlatego do dziś możemy czytać jego opowiadania, bajki czy traktaty filozoficzne…

Tak, myślenie jest ryzykowne, ale daje szansę wydostania się z błędu. W ogóle, czy mamy inną alternatywę zapełnienia pustki? Powrót z komputerami na drzewo lub do jaskini?

Według Fukuyamy: Ostatni człowiek spełnia się i wypełnia pustkę zarabiając pieniądze i chodząc na zakupy. Przestał myśleć i marzyć, bo woli posiadać i konsumować.

Według Baumana: Konsument zastąpił człowieka. Może zastąpił także homo sapiens z jego niebezpiecznie spektakularnym umysłem i duszą rwącą się do transcendencji…

Jednak tak się nie da zabić pustki. Można ją tłumić różnymi narkotykami, ale kiedy człowiek wraca z zakupów, znów, a może jeszcze bardziej – odrzuca pustkę, przed którą uciekł do sklepu…

Szuka innej rozrywki, a potem znów wraca pustka. Pustka i zagubienie są nieusuwalną częścią kultury kciuka, człowieka jednokomórkowego, który wystarcza do wpisywania esemesów czy wciskania klawiszy pilota.

Do tego co w tej kulturze najważniejsze, nawet całej dłoni nie potrzeba. Zapewne od początku ludzie nigdy nie mieli tak sprawnych kciuków jak teraz… I również nigdy nie byli tak bezradni wobec własnego życia.
Kiedy próbuje rozmawiać z różnymi spotkanymi na mojej drodze ludźmi, szczególnie młodymi, poruszając tematy klasycznych dylematów życia o których pisał już Platon, okazuje się, że są jak dzieci we mgle. Nie potrafią zrozumieć, że w kulturze, czyli w rzeczywistości duchowej, emocjonalnej czy intelektualnej, która jest nasza prawdziwą rzeczywistością, obowiązują inne prawa niż w świecie prawego kciuka…

Materia, technologia narzuciła im sposób myślenia, który nie pasuje do ludzi. Stworzyła intelektualne zera…

Przecież w ludzkiej rzeczywistości, w świecie ducha, emocji, psychiki – nic nie jest takie jak w świecie materii. Kiedy naciśnie się guzik pilota, natychmiast zmienia się program w telewizorze. W kilka sekund można wysłać esemes w świat. Gdy męczy nas hałas, naciska się guzik i nastaje cisza… Technologia jest łatwa. Technologiczne zależności są proste.

Pstryk i działa, pstryk i wyłączone.

W realnym ludzkim świecie nie ma takich guzików. Jest tragizm, niepewność, lęk, ostateczność, niepowtarzalność, nieprzewidywalność. Kiedy techniczna mentalność zderza się z ludzką rzeczywistością, następuje konfuzja, a często tragedia…

Tragedią jest na przykład, kiedy do władzy dochodzą politycy, którzy wierzą, że można zmieniać świat tak, jak zmienia się program w telewizorze.

Albo kiedy ludzie zaczynają wierzyć, że wszystko można kupić jak w supermarkecie – jest tylko kwestia ceny…

Albo kiedy dociekliwi uwierzą, że prawdę o ludziach da się poznać i opisać tak jak można opisać spadające jabłko…

Albo kiedy…




Nic z tego nie może się udać, więc wszyscy są sfrustrowani…

Bo świat się nie zmienia…

Bo nie wszystko można kupić…

Bo nie rozumiem kogoś…

Zupełnie bez sensu…

Po kilku tysiącach lat systematycznego myślenia, już bardzo dużo wiemy o naszej kondycji, o ludzkim losie, ludzkich ograniczeniach, emocjach, realiach…

Kiedyś ten intelektualny dorobek wieków pomagał ludziom w życiu. Dziś jest odrzucony…

Technologiczna logika zniszczyła nawyk i umiejętność głębokiego myślenia, które nas czyniło ludźmi – homo sapiens…
A rezygnując z myślenia, człowiek stał się bazradny wobec własnej rzeczywistości. Coraz lepiej rozumiemy i kontrolujemy materię, a coraz gorzej siebie. To jest fundamentalny brak, który odrzucamy…

Dookoła słychać krzyki – nie ma pieniędzy, nie ma dobrych polityków, nie ma uczciwych urzędników… To są objawy…

Louis Lavelle filozof przedwojennej Francji na początki XX wieku napisał: Reforma duchowa zreformuje państwo nawet się nim nie zajmując…

Wiem, że większość nie zrozumiałaby o co w ogóle chodzi…

Właśnie… nie wiemy co robimy, bo nie rozumiemy co mówimy, a nie możemy rozumieć tego co mówimy, póki nie wiemy, co myślimy, póki nie podejmiemy głębokiego namysłu, który jest niemożliwy bez przygotowania – przynajmniej bez uzgodnienia pojęć…

Wielu ludzi na świecie nie ma pojęcia, że nie ma pojęcia o tym co robi, mówi i myśli.

Na pewno łatwiej jest skutecznie naprawiać świat odwołując się do dorobku intelektualnego czy duchowego, niż tylko regulując, ścigając i kontrolując.

Przecież istnieje związek pomiędzy jakością życia duchowego a życiem społecznym. Między stanem umysłów a stanem relacji międzyludzkich.

Kto dziś uczy myślenia?

Kto spędza czas na rozmyślaniu?

Myślenie stało się sztuką ginącą. Coś w rodzaju ginącego języka czy gatunku, albo organu zanikającego w procesie ewolucji. Podobno jacyś nasi przodkowie mieli kiedyś ogony i mogli się na nich bujać. Przestali to robić, więc dzisiaj mamy tylko kości ogonowe na których co najwyżej możemy siedzieć…

Podobnie może stać się z mózgiem… Jeśli nie będziemy z niego robili użytku, stopniowo zanikną te funkcje, które różnią nas od maszyn i zwierząt…

Wystarczy spojrzeć w jak dużym stopniu zaginęła już zdolność porozumiewania się w języku wartości czy abstrakcji… Czy ktoś dzisiaj zastanawia się co to jest prawda, czym jest czas, dlaczego dobro jest dobre…

Szkoły przestały uczyć myślenia, a przede wszystkim humanistycznych rozmyślań…

Wielka literatura praktycznie znikła. Kino, którym próbowano ją zastąpić, ma niewiele wspólnego z myśleniem…

Po 1945 roku humanistyka znalazła się w regresie, a po 1989 roku – skapitulowała… została zepchnięta na margines przez bio-, info-, techno-…

To tworzy zagubienie, które świetnie opisał Wilhelm Dithey mówiąc, że nauki ścisłe poznają, a nauki humanistyczne rozumieją. Wiedza bez rozumienia musi prowadzić do nieszczęścia…

Technologia, informatyka, biotechnologia – zdominowały ludzką wyobraźnię. Humanistyka zaczyna być postrzegana w kryteriach nauk ścisłych. Regułki… wzory…

Do humanistyki takie miary nie pasują, a są jej narzucane, stają się źródłem opinii, że humanistyka stała się jałowa, że nadszedł koniec literatury, koniec sztuki…

To oznacza nie mniej, nie więcej, a koniec człowieka…

Coraz mniej słyszy się o badaniach nad literaturą, antropologią, filozofią… Kto dzisiaj zajmuje się czystymi formami Arystotelesa? A to są niezmienności myślenia, narzędzia konieczne do lepszego rozumienia świata. Także współczesnego świata…

Prosty przykład…

Kto wie, że prace filozoficzne szkoły lwowsko-warszawskiej przed stu laty są podstawą rozwoju nauk komputerowych? Dzisiaj tłumaczy się na świecie nawet prace pomniejszej wagi, bo okazują się bardzo pomocne we współczesnych badaniach myśli analitycznej, które mają znaczenie praktyczne. Dziesiątki lat temu ktoś w Krakowie, Warszawie czy Lwowie coś rozważał – pozornie nic ważnego, a dzisiaj okazuje się to uniwersalnie ważne.

I dlatego tak niebezpieczny jest dla człowieka, dla świata, utylitarny stosunek do głębokiego myślenia. Do filozofii, do humanistyki, do kultury…

Na wszystkich kierunkach studiów obowiązkowa jest informatyka a nie ma nawet podstaw psychologii, filozofii czy socjologii…

Jak ma wyglądać kraj, w którym poziom debaty publicznej i jakość demokratycznego wyboru oparty jest na znajomości słupków i obsługi komputera?

Jak świadomie brać udział w życiu społecznym?

Nie da się na dłuższą metę bezmyślnie egzystować. Bo ta bezmyślność, a raczej brak wiedzy będzie wykorzystana na każdym kroku…

Bo za bezmyślność się płaci…

Może nie od razu, nie zawsze w wymiernej walucie, ale nieuchronnie. Zwłaszcza w demokracji. Pewnie dałby się nawet znaleźć arytmetyczna zależność między jakością humanistyki a siłą partii populistycznych, między rozumieniem człowieczeństwa a rozwojem gospodarczym albo między umiejętnością filozofowania a szczęściem…

Dzisiejszy świat dla większości ludzi opiera się na zależności między rozwojem gospodarczym a wysokością stóp procentowych. Fakt, że łatwo ją wskazać, nie świadczy, że jest to jedyna zależność ani nawet, że jest ważniejsza od innych. Z tego, że jest stosunkowo łatwa do policzenia, nie wynika nic ponad to, że jest stosunkowo łatwa do policzenia.

Zjawiska niepoliczalne czy nawet nieuchwytne wpływają na nasz los dużo bardziej niż te, które potrafimy precyzyjnie zmierzyć. Wystarczy porównać jakość życia publicznego II i III Rzeczpospolitej. Przed wojną uczono w szkołach filozofii, greki i łaciny. To przekładało się na jakość myślenia, na jakość standardów argumentowania.

W rozumie nauczonym pewnej dyscypliny, wciągniętym w tradycję europejskiego myślenia, wyćwiczonym w precyzyjnym posługiwaniu się słowem, nie mogłyby powstać pewne myśli powszechne obecnie we współczesnej debacie.

Abstrahuję już od współczesnej debaty politycznej, która nie daje się ubrać w żadne ramy i kiedyś byłaby nie do pomyślenia, ale spójrzmy np. na hasło:

„Prawda was wyzwoli” - w odniesieniu do przeszłości historycznej – gdzie można jedynie mówić o wiedzy albo niewiedzy.

Nawet zawodowi historycy nie umieją odróżnić prawdy, która obiektywnie istnieje, ale jest nam tylko częściowo dostępna w zależności od wiedzy jaką posiadamy. Dlatego najczęściej używanym słowem jest „prawdopodobnie”, „najprawdopodobniej”…

Wiedza, jakkolwiek wielka nie jest prawdą, bo prawda ma dwa sensy. Możemy jej tylko szukać, aby móc jak najlepiej zrozumieć…

Kiedy poszukuję w historii jakichś pojęć i czytam, że Sokrates uczy tak a Platon inaczej, to wiem, że nie mogę być pewny absolutnie. Ostateczna prawda nie istnieje, wiem co kto głosi i jak argumentuje i na jakiej podstawie wyrabiam swoje własne poglądy, ale trzeba rozumieć, że to są tylko poglądy, nie prawda…

Nikt nie jest uprawnionym arbitrem aby powiedzieć ostatecznie jaka jest prawda o świecie, o życiu, o człowieku… Prawda jest ideałem do którego człowiek może dążyć poprzez wiedzę i myślenie – rozmyślając, analizując, rozumiejąc i budując swoje własne poglądy…

Właśnie alchemia, starożytna, średniowieczna i późniejsza, tajne zgromadzenia – wszyscy wiemy z jakiego powodu - była drogą do ideału, do poznania prawdy, była poszukiwaniem odpowiedzi… a niestety chciwość ludzi i bezmyślność wykorzystywana przez sami wiemy kogo, powodowała niechęć a później mit o poszukiwaniu substancji która zmieni wszystko w złoto… Kamień filozoficzny…

Ale więcej o alchemii innym razem…

Wracając do poglądów…

Nie ma argumentów, za pomocą których moglibyśmy racjonalnie uzasadnić tego rodzaju wybór.

Fichte zawsze mówił, że ma się taką filozofię, jakim jest się człowiekiem.

Możemy mieć własne poglądy czy własną filozofię ale budujemy je na istniejących niezmiennikach, które powtarzane są od czasów greckich. Choćby zasada nieautonomiczności wartości. W polskim życiu publicznym bardzo często widać, że nas jej nie nauczono. Ludzie nie rozumieją, że wolność nie istnieje bez odpowiedzialności, a miłosierdzie bez sprawiedliwości.

Wolność bez odpowiedzialności staje się anarchią, a odpowiedzialność bez wolności tyranią. Tak samo jak miłosierdzie bez sprawiedliwości staje się głupotą, a sprawiedliwość bez miłosierdzia – naiwnością. Taka świadomość ludziom pomaga w życiu, także w relacjach z innymi ludźmi…

Albo podział liberałów i solidarystów. Liberalna wolność jest przecież niemożliwa bez solidarności, tak samo solidarność nie może istnieć bez wolności. Politycy mogą robić wodę z mózgu ludziom w dużej mierze dlatego, że ci ludzie trzymani są w ciemnocie. Skąd ludzie mają wiedzieć co to jest liberalizm, solidaryzm, konserwatyzm czy socjalizm? W szkole tego nie uczono, w telewizji nie tłumaczono, a media wolą gonić za głupią i tandetną sensacją niż uświadamiać… nie politycznie a kulturowo…

Problem polega na tym, że u nas nawet wykształcona większość ludzi nie są wykształceni na tyle, żeby świadomie brać udział w polityce. We Włoszech czy we Francji takie tanie chwyty nie przechodzą…
Tam tradycja jest inna, kultura jest inna, a zwłaszcza przeciętne przygotowanie intelektualne jest nieporównywalne z naszym. W dużej mierze dzięki szkołom i uniwersytetom, ale także dzięki ludzkiej mentalności.

W szkołach filozofia wykładana jest praktycznie od zawsze. We Francji jest obowiązkowa matura z filozofii. Tam nikomu nie przyszłoby do głowy, aby myśl „Nie lękajcie się” przenieść spontanicznie do życia społecznego. U nas umysły niekształcone, niezdolne do myślenia, gotowe są robić z tego ważnego duchowego wezwania hasło bandy rzezimieszków, którzy za nic mają prawo, obyczaje, tradycje, a za prawdę uważają to co wiedzą lub to ci im się wydaje słuszne…

Inne niekształcone umysły mogą w to uwierzyć, kiedy jest ich więcej robi się już groźnie…

Wyobraźcie sobie, że przed wojną w liceach klasycznych szesnastolatki czytały fragmenty „Fajdrosa” po grecku. Dzisiaj nawet studenci filozofii tego nie potrafią.

Ktoś po wie: do czego to potrzebne?

Odpowiadam: Do sprawnego myślenia!

Istnieje jakiś kanon myślenia, który tę kulturę stworzył i bez znajomości którego przestaniemy być sobą… Przestaniemy być Europejczykami, ale również w dużym stopniu przestaniemy być ludźmi…

Będziemy jak zwierzęta kręcili się w kółko, powtarzali te same błędy, wciąż odkrywali te same oczywiste prawdy i je zapominali. Ludzie tym się różnią od reszty przyrody, że mają kulturową, historyczną, międzypokoleniową pamięć. Skarbnicą tej pamięci jest humanistyka. Na jej straży stoi filozofia. Jeśli ją odrzucimy to wrócimy z laptopami i komórkami na drzewa.

Będziemy jak terroryści, którzy jeżdżąc na osłach odpalają bomby za pomocą telefonu satelitarnego.

Cywilizacja może odrzucić kulturę z której wyrosła, ale nie może tego przeżyć.

Widzimy co się dzieje gdy owoce cywilizacji dostają się w ręce ludzi, którym jej kultura jest obca lub którzy ją odrzucili – jak faszyści, komuniści albo terroryści…

Dlatego trzeba wrócić do podstaw kultury. Do humanistyki, do sztuki… Obecnie naszym największym wrogiem na świecie jest własna głupota…

Jerzy Turowicz mówił, że w Bizancjum przekupki na targu kłóciły się o filioque (pochodzenie Ducha Świętego), a w Polsce większość osób po studiach teologicznych nie ma pojęcia co to znaczy…

Można powiedzieć, że w Polsce jest teraz potężna tradycja aintelektualna.

Nie zawsze tak było. Pierwsze tłumaczenia Nietzschego ukazały się w Polsce w 1906 roku. Tylko że do dziś nie było już następnego, tak samo jak nie ma nowych przekładów Platona…

W światowej nauce już nie tylko filozofia próbuje zapełnić egzystencjonalną pustkę. Psychologia coraz częściej zajmuje się np. szczęściem lub miłością. Zaczęły się psychologiczne badania na temat mądrości…

Nauki pozytywne najpierw wypchnęły humanistykę, a teraz same częściowo próbują wypełnić jej misję. Tylko że w ten sposób nie da się zapełnić tej egzystencjonalnej pustki, która jest powszechnie odczuwalna.

Stułbia jest ważna i amalgamaty są ważne, ale ważniejsze jest świadome myślenie o szczęściu, prawdzie, pięknie, przypadku, ludzkim życiu. Świat z pewnością byłby lepszy i piękniejszy gdybyśmy o tym rozmawiali, gdybyśmy przez te rozmowy wchodzili w relacje z kulturą, fundamenty naszej cywilizacji, naszego codziennego życia…

Polska szkoła nastawiona jest na to aby przygotowywać fachowców, siłę roboczą, ale nie tworzy ludzi myślących. A siła robocza nie wystarczy, aby kraj się na dłuższą metę rozwijał. Do tego potrzeba ludzi potrafiących myśleć o świecie a nie o sobie, kasie i wkręcanej śrubie… Myślenia o świecie w którym żyją i zdolnych dokonywać życiowych wyborów (nie mówiąc już o politycznych).

Na starych kamienicach w Krakowie można jeszcze zobaczyć tabliczki:
„Jan Kowalski doktor medycyny i filozofii”

Taka była tradycja europejska, która istnieje do dziś na zachodzie. Ludzie kształcili się wszechstronnie. Dobry lekarz powinien umieć poważnie myśleć o sensie życia, nie tylko po to aby radzić sobie ze swoimi problemami ale i po to aby lepiej rozumieć pacjentów…

Jesteśmy coraz bardziej w sobie niż dla siebie. Każda wielka literatura rodzi się z doświadczeń duchowych. Z namysłu, z przeżycia. Jeśli tego nie ma, to nic wielkiego nie może wyrosnąć. Najwyżej jakieś literackie przyczynki czy obrazy które są bardziej prowokacją na zwrócenie na siebie uwagę (choć na chwilę) niż zadaniem pytania, rozmową, przeżywaniem, czy po prostu wyrażeniem uczuć…

Zobaczcie jakie powodzenie zyskują książki, które wprost odpowiadają na bóle egzystencji, typu: „Obudź w sobie tygrysa”… Im bardziej w życiu dominuje techniczno – ekonomiczny pragmatyzm, tym częściej zaczynamy sobie uświadamiać, że bez kultury, że bez humanistyki, bez sztuki, człowiek się dusi…

Od 24 wieków czytamy Platona, bo on odpowiada na nasze elementarne ponadczasowe pytania. I będzie na nie najtrafniej odpowiadał, dopóki nie nastąpi jakaś wielka katastrofa.

Na zachodzie wielkie korporacje coraz częściej zatrudniają absolwentów filozofii, ponieważ oni mają wyćwiczone w myśleniu elastyczne umysły i potrafią dostosować się do zmiennych warunków społecznych i gospodarczych. Może nie znają ekonomii ale potrafią zrozumieć procesy i zjawiska, a odpowiednich formułek mogą nauczyć się bardzo szybko.

Zdobyć konkretne umiejętności można z dnia na dzień, a twórcze, analityczne myślenie musimy ćwiczyć latami, aby osiągnąć maksimum swojej możliwości. Dlatego trzeba jak najwcześniej zaczynać…

Wiadomo, że wszyscy filozofami nie będziemy, ale możemy znaleźć swoją złotą miarę. Lepiej być dobrym ekonomistą niż kiepskim filozofem.

Decyzje podejmujemy dzięki własnemu rozsądkowi, tylko że rozsądek wymaga umiejętności myślenia… A ona nie bierze się znikąd. Ją trzeba ćwiczyć jak grę na skrzypcach czy fortepianie. Kiedy wyćwiczymy myślenie i nabierzemy rozsądku, to dużo mniej będziemy się mylili, a nasze życie będzie leprze…

Czego sobie i wszystkim "poszukującym" życzę...

mati



czwartek, 6 sierpnia 2009


Bez ostrzeżenia, jak wierny pies u nogi, miłość ukąsiła mnie…
Jeśli ciekawi cię, co takiego ze mną się stało, pójdź tym krwawym śladem. Poprowadzi cię po zdradliwych zakolach rzek, wzdłuż wąwozów, poprzez krajobrazy, z których każdy będzie smutniejszy od poprzedniego. A przez całe to podróżowanie będziesz samotny.

Ja też jestem samotny, ranny…

I najwyżej odkryjesz, że odszedłem umrzeć w okryciu, nie znalazłszy nici do jej niebieskiego labiryntu…

SZCZĘŚCIE



Szczęścia można szukać wszędzie, byle nie wymyślonego przez siebie. Szczęście wymyślone przez nas samych często bywa pół-szczęściem, albo wygląda potem jak półtora nieszczęścia. I odwrotnie, to co nazywamy nieszczęściem może się okazać szczęściem… Christian Andersen chciał być aktorem. Rozpaczał, że to mu się nie udaje. Tymczasem został baśniopisarzem tłumaczonym na wszystkie języki świata… Jego Dziewczynka z zapałkami do dzisiaj nas wzrusza…

Szczęścia należy szukać w samym sobie, nie myśląc o szczęściu tylko dla siebie, lecz widząc je w przezwyciężaniu egoizmu, we wrażliwości rozumienia drugiego człowieka, w pracy dla drugich, w poświęceniu się dla kogoś…

Kiedy myślimy o szczęściu, nie myślimy tylko o szczęściu dla siebie. Wtedy przyjdzie samo, chociaż byśmy go nie mieli nazwać szczęściem. Przyjdzie z każdym powrotem do normalnego ładu wewnętrznego, z czystością serca, ze spojrzeniem na swoją pracę nie jak na zawód, ale jak na powołanie, z tęsknotą za życiem i cierpliwą troską o trwałe uczucia…



Nie ma miłości bez odpowiedzi
Serce zostaje dalej choć odeszło
Byle nie dla siebie

Wtedy krowa pociesza ogonem
Dwumetrowy goryl obejmuje goryla
Koza pójdzie do kozy
Zimorodek czeka na zimę żeby się urodzić
Jeż nie jeży się na jeżycę
Komputer pyta koguta o godzinę
A szczęście tak jak skrzypce
Im starsze tym młodsze…

Ks. Jan Twardowski

Kiedy Bóg stwarzał świat, zwróciło się do niego czterech aniołów.

Pierwszy powiedział: Jak to robisz?

Drugi: Czemu to robisz?

Trzeci: Czy mogę w czymś pomóc?

Czwarty: Ile jest to warte?

Pierwszy był naukowcem, drugi filozofem trzeci altruistą, a czwart pośredniczył w handlu nieruchomościami…

Piąty anioł przyglądał się w zdumieniu i bił brawo z bezmiernego zachwytu. On był mistykiem…



wakacje...




U nas wakacje

Nic się nie dzieje

Usiadły liście lnu

Siedem tysięcy pszczół

Bez urlopu

Pracuje za darmo

Nikt z nas się teraz nie spieszy

Jest czas

Rozmawiamy…


Ks. Jan Twardowski

Wakacyjną kurację trzeba zacząć nie od skurczonego, nie na pokaz ciała , ale od duszy. Bo dusza bywa skruszona jeśli myślimy tylko o sobie: jest zarażona, kiedy żyjemy gniewem, nienawiścią, złością, jest ukryta, jeśli ją przygniata masa naszych nerwów i nastrojów…


Czas wakacji… czas by wygoić duszę, bo wygojona dusza goi zmęczone ciało…


jestem i mnie nie ma

mati