piątek, 10 kwietnia 2009


projekt - werniks
pochłonął mnie
opętał moje myśli
zawładnął emocjami
a im bliżej 1 maja
adrenalina rośnie
oczy szczypią
noce nie śpią
ręce malują...


na marginesie projektu powstała
śnieżka 3 sekundy przed załamaniem
w śnieżycy
dzisiaj jest już piękna pogoda



powstało też wspomnienie wenecji...
kolorowa jak pisanki...
słoneczna jak wiosna....




i spacer karkonoskim lasem
to jeszcze jesień...?
czy już wiosna...?
a gdzie zima...?


za dużo pytań...

jestem...

mati


wiosna... to już ty...?

świąteczne
kolorowe
życzenia

spokojnych
świąt
wielkiej nocy

mati

niedziela, 8 lutego 2009



jestem nieczytelny

dla tych którzy wokół
jak zamknięty na klucz
jak pamiętnik
zapisany w innym języku
i tylko codzienność
nas łączy
nas dzieli
reszty nie ma
prawdziwy ja
jeszcze nie odkryty
malują, piszę i czekam
melancholijnie słuchając jazzu


sobota, 7 lutego 2009


Dwa tygodnie temu napisałem: nowa wiadomość: „projekt: werniks”. Nawet nie zauważyłem kiedy te dwa tygodnie minęły a spraw tyle, że nawet nie wiem za co się brać… Jedno jest pewne, wróciłem całą piersią do malowania. To co od sierpnia szkicowałem w głowie przerzucam teraz w obrazy… Kiedy w sierpniu, na „spacerach” pod krzyż milenijny wpadłem na pomysł z „Werniksem”, z dnia na dzień bałem się, że to tylko kolejne marzenie, które pozostanie tylko rozpisane w kalendarzach – notesach i dlatego pewnie dzisiaj strasznie się boję…

Poruszam się zygzakiem.
Żyję bez żagla.
Zdany na łaskę wiatru

Poszukiwanie całości projektu było strasznie przeplecione strachem. Cały czas bałem się, że nawet jeśli to znajdę, nawet jeśli zrealizuję, okaże się, że nie jest to to, co chciałem osiągnąć, to co chciałem powiedzieć. To tak jakby było to cały czas przede mną a ja bałbym się spojrzeć… Jak zagubiony w rodzinnym mieście…

Trzeba się zgubić
Aby odnaleźć siebie.

W końcu jak się odnalazłem, jak spojrzałem przed siebie – to tak wysoko, że na horyzoncie nie było nic poza Strzechą…dosłownie i w przenośni Akademicką…
Wszystkich, którzy są zainteresowani rozwojem projektu i jego finałem w pierwszomajowy weekend – zapraszam na drugiego bloga poświęconego całkowicie projektowi, strzesze, Whartonowi i malarstwu…

mati


niedziela, 25 stycznia 2009

sobota, 24 stycznia 2009



Sztuka krótko mówiąc jest to wszelka twórczość artystyczna — od malarstwa, rzeźby i literatury, do filmu i teatru. Czyli działalność dającą kulturę, fundamentalną sferę ludzkiej duchowości.

„Kultura to jest to, co kształtuje człowieka, zaś cywilizacja to jest to, co on sam kształtuje"
Charles Moraze

Twory artystyczne są więc tworami kulturowymi na drodze cywilizowania się człowieka. Cały problem jest w tym, że obecna twórczość artystyczna decywilizuje człowieka, lansując neobarbarzyństwo. Kulturę coraz forsowniej zastępuje wszelka artystyczna mierzwa.


„Doszło do kolejnej zdrady i to dwojakiego rodzaju. Jedni zdradzili estetykę dla złotego cielca i robią ludziom wodę z mózgu, mieszając porządek wartości z porządkiem komercji, Drudzy —jeszcze gorsi — znowu zdradzili sztukę dla ideologii. (…)Obecnie taką ideologią jest «polityczna poprawność» we wszelkich jej odmianach, kostiumach i maskach. Według mnie — ten cały trend to samobójstwo kultury (...) Choroba rozwija się błyskawicznie i czyni spustoszenie. Powtarza się syndrom rewolucji marksistowskiej: pod szyldem, nowoczesności i postępu promuje się łatwiznę i tandetę; pod hasłami równości i sprawiedliwości sprowadza się wszystko do parteru i winduje się miernoty.”
Antoni Libera

Kluczem sukcesu strategii promowania szajsu kulturowego było i będzie mnożenie głupców metodą ogłupiania publiki. Im prymitywniejszy produkt — tym mniejszy wysiłek konieczny jest, by ów produkt absorbować. Czysta wygoda, premiująca lenistwo, nieróbstwo umysłowe, które – o zgrozo! - tym bardziej się pogłębia, im bardziej edukacja się rozwija, stając wszechobecną (obowiązkowe szkoły, mass media, Internet itp.).

Tu ogłupianie ma charakter galopujących suchot. Co dekadę zmniejsza się wysiłek umysłowy konieczny, by absorbować dzieła Hollywoodu. Gdy Amerykański Instytut Filmowy ustalił w 1999 roku listę „700 najlepszych filmów", jakie kiedykolwiek zrobiono - do pierwszej pięćdziesiątki wszedł tylko jeden film kręcony po 1982 roku!

„filmy oscarowe czy festiwalowe idą słabo, króluje sieczka, gdyż ludzie przesiąknięci subkulturą telenowel nie szukają oryginalnego spojrzenia na świat i nie chcą trudnych pytań, więc dystrybutorom nie opłaca się sprowadzać filmów ambitnych".
„Rzeczpospolita”

Marne gusty widowni mają ścisły związek z prostactwem talentów filmowców (scenarzystów, reżyserów i aktorów), pytanie tylko: co jest pochodną czego? To pierwsze warunkuje to drugie, czy raczej to drugie determinuje to pierwsze? Na proste pytanie: dlaczego widownia akceptuje wszystkie te przeczące prawom fizyki idiotyzmy i nielogiczności, które urągają naszej inteligencji? Pierwsza odpowiedź brzmi: gdyż bajki to bajki, mogą być pełne nieprawdopodobieństw; a druga: gdyż widzowie to stado baranów.

Która jest trafniejsza?

Nie przeszkadza widzom ani bokser, który po morderczej młócce i otrzymaniu ciosów, które zabiłyby nosorożca, idzie pląsać do baru, ani tajniak, który uciekając przez bagienne zarośla wychodzi na drugi brzeg w lśniących lakierkach, bezzmarszczkowym garniturze i z gładką fryzurą, ani kobiety ery starożytnej noszące nylonowe stringi oraz plastikowe szpilki (czasami też zegarki) — bo liczy się wyłącznie „riki-tiki-tak" i „łubudu".

Niechlujstwo aktorów staje się modą. Pięć lat temu znany aktor, Jan Englert, poświęcił duży felieton wykazaniu, że dawniej aktorzy mówili, a teraz dziamdziolą, mlaszczą i seplenią. Jako przykład dał dwie adaptacje prozy Henryka Sienkiewicza, które łączy nazwisko tego samego reżysera (Hoffman), a dzieli 30 lat. „Pan Wołodyjowski" (1969) i „Ogniemi mieczem" (1999), a dostały aktorów z zupełnie różnych epok.

„Jedni i drudzy posługują się stylizowanym językiem XVII-wiecznej Polski. Pierwsi są całkowicie zrozumiali. Drudzy mówią niewyraźnie, zjadając sylaby, a nawet całe wyrazy, uciekają w pomruki, półdźwięki lub krzyki...'' .

Nie jest to tylko problem dykcji i artykulacji — to problem schamienia wymowy oraz schamienia człowieka. Ulubiony sport głupawych scenarzystów i dialogowców to refleksje, maksymy i aforyzmy. Przykładowa dialogowa „mądrość" pseudofilozoficzna — Steven Seagal mówi w „Patriocie" z namaszczeniem:

„ Nie goń za wiedzą. Jest jak jeleń — ucieknie przed tobą. Musi sama do ciebie przyjść".

No to nikt nie goni za wiedzą, a wiedza — również ta filmowa — przychodzi sama do publiki, dzięki werdyktom jeleni - ekspertów. Ci bardzo często rozdają ściągawki i trzeba się tego kurczowo trzymać…według nich - „Ostatnie tango w Paryżu" nudziarza Bertolucciego to wieczny majstersztyk filmowej erotyki, a świetne „9 i pół tygodnia" Lync'a to rzecz „płaska"…
Media roją się od mądrali całkowicie pewnych, że noszony przez nich status intelektualisty bądź inteligenta daje im prawo do autorytatywnego ferowania estetycznych wyroków. Ludzie wykazujący kompletny brak gustu i poczucia estetyki (Marca Chagalla uważają za nędznego pacykarza!), zaś cudowny film Francisa Coppoli „Rozmowa" (jeden z najgenialniejszych movies wszech czasów) uznają za badziewie.

„Od dawna obserwujemy rozpowszechnianie się zglobalizowanej, opartej na mediach kultury, niezdolnej inspirować do krytycznego myślenia czy budzić uczucia wyższe. Ta kultura zagraża demokratycznej wolności poprzez zaniedbanie, ponieważ nie tworzy poczucia odpowiedzialności - ani wobec społeczeństwa, ani wobec historii. Czy już za późno, by przeciwstawić się tej powodującej martwotę ducha kulturze?"
Nicolas Tenzer

Według optymistów nie jest za późno na nic, nawet na przeciągnięcie młodzieży od mediów elektronicznych do prawdziwej literatury.

Mocno w to wątpię.

„Amerykańska mlodzież tkwi po uszy w kulturze audiowizualnej. Internet, komputer, telewizja są ich fetyszami. Czytanie książek jest dla nich pracą, i to pracą zbyt powolną, wymagającą skupienia, którego nie da się pogodzić z ich tempem życia. Mimo to nie straciłem jeszcze nadziei. Wierzę, iż najmłodsze pokolenia mogą wrócić do świata książek. Literatura kryje w sobie ogromne bogactwa, których wszyscy, prędzej czy później, będziemy potrzebować. Tak jak mnie się przydarzyło, że musiałem sięgnąć po książkę niczym po lek, tak może się zdarzyć wielu innym, że odczują, w chwili kryzysu, potrzebę kontaktu z samym sobą. Na uczelni każdego dnia spotykam studentów, którzy bardzo pragną się odnaleźć. Wystarczy jakaś niefortunna miłość, a młodzi przychodzą do mnie po pomoc duchową. Wtedy wskazuję im co mają przeczytać".
Harolda Blooma

Głupawi bądź prostytuujący się za pieniądze krytycy plus dziennikarze wszędzie robią reklamę medialną bzdetom-bełkotom udającym literaturę. Promuje się zbyt dużo jednosezonowych gwiazd. Wydawcy wkładają mnóstwo pieniędzy w nazwisko, każdy debiut jest genialny… a później...

Opiniotwórcze kłamstwa, fałszywe rankingi, kolesiowskie promocje itp. — słowem szalbiercza polityka kulturowa i nędza intelektualna jurorów, autorytetów, ekspertów -wytwarzają swoistą dżunglę bez niepodważalnych czy choćby tylko obiektywnych norm i jasnych kryteriów, gdzie przeciętnemu zjadaczowi kultury trudno odróżnić chwasty od róż. Jest to zresztą problem nie tylko koniunkturalny i lokalny tu czy tam, lecz szerszy, globalny, swoista epidemia.
Najgorszą rzeczą, było zatarcie granicy między kulturowym olimpizmem a kulturowym menelstwem. Zanikła hierarchiczność kultury. Kultura stalą się pozioma.

Jeszcze sto lat temu wszystko było jak przez całe wieki — szczeble drabiny pozostawały na swoich miejscach: Pound, James, Mann i Hamsun byli literaturą elit intelektualnych, a Courths-Mahlerowa, Saachcr-Masoch, Zevaco i Mniszkowna literaturą „kucharek". Dla gawiedzi nudziarstwa pana Prousta były nieznośne, bo facet poświęcał dwieście stron filiżance lub katarowi, roztrząsając każdy materialny i metafizyczny aspekt glutów.

Pół wieku temu hierarchia dalej była sztywna: Camus, Joyce, Bułhakow i Kafka pasjonowali inteligentów, a reszta miała komiksy i „literaturę wagonową". Dla tej reszty nudziarstwa pana Faulknera były nieznośne, gdyż facet bez ustanku drobiazgowo analizował każde źdźbło trawy i każdy oddech mieszkańców powiatu Yoknapatawpha.

Wzajemnie uważano się za snobów i prymitywów. Totalna - globalna ekspansja mediów (zwłaszcza elektronicznych) zaczęła niwelować tę przepaść, i byłoby to wspaniałe, gdyby równała do góry, tymczasem spłaszcza, kierując wrażliwość oraz gusta do dołu.

Termin „kultura wyższa" jest podejrzana odkąd na świecie lansowane medialnie jest hasło: „równości”. Stawiający murzyńską figurkę glinianą na tym samym piedestale, na którym do tej pory stał „Dawid" Michała Anioła, gdy zrównuje się tam-tam, rap i Mozarta, lub griota, aborygena i Szekspira, lub puszkę konserw, plamę i „Giocondę" — wartościowanie kulturowe staje się rzeczą źle widzianą. Ale czy tutaj chodzi o taką równość…? Czy ktokolwiek malując „jakiś tam” bazgroł będzie miał prawo żądać umieszczenia jego pracy w Luwrze? Bo równość?
Największy pech historyczny „niby twórców” to fakt, że definitywne laurki, weryfikujące doraźne sądy, rozdaje arbiter nieprzekupny i nieomylny — Czas. Mimo iż kocha on sprawiać duże niespodzianki — jest bardziej niż prawdopodobne, że dzisiejszą twórczość wyrzuci hurtem do śmietnika. Zadecydują o tym takie fundamentalne aspekty modnej dziś kultury twórczej, jak bluźnierczość, pornografia, fetyszyzm uświęcane mianem „nowoczesności", „prostoty", „awangardy" itp.

Niesmaczna erotyka (żeby nie powiedzieć pornografia) i wszelkie ekscesy anatomiczne są dziś skuteczną trampoliną sukcesu. Zwłaszcza w filmie, literaturze i sztukach plastycznych.
Robert Mapplethorpe robi zdjęcie pejcza wetkniętego sobie do odbytu, i już mamy „dzieło sztuki".

Holly Hughes wykonuje wielki metalowy srom, i galerie Manhattanu biją się o to cudo.
Karen Finley biega golusieńka po scenie, smarując się czekoladą niby kałem, i w około same cmokania.

Miesięcznik „Kultura i Biznes" opisuje rodzime „absolwentki akademii sztuk pięknych, które wykonują na wernisażach striptiz z postmodernistycznym., żałosnym intelektualnie podtekstem"
„Gazeta Polska" opisuje inne dzieło (pracę dyplomową „artystki" w łódzkiej Filmówce): „Dziewięć twarzy kobiet z zamkniętymi oczami, pokrytych spermą".

I nie chodzi mi tutaj o ściganie, karanie czy napiętnowanie tych pseudoartystów, ale o podstawowe pytanie:

Kto ich tam wpuścił?

Kto im na to pozwolił?

Na takie ekscesy jest miejsce, ale nie w galeriach, nie pod nazwą „sztuka”!!!
To obraża kilka tysięcy lat naszego dziedzictwa cywilizacyjnego,
bez którego byśmy marzyli tylko o komputerach i hepeningach jedząc banany na drzewie lub malując na ścianach jaskiń upolowanego żubra…

„Instalacje", „performansy", „hepeningi" (czy jak się to tam jeszcze zwie) musimy tytułować sztuką. Wszystko się pomieszało, sztuką jest wszystko - każdy wygłup, każdy przedmiot, każdy bubel, każdy śmieć.

„Galerie sztuki, sale wystawowe prac artystów plastyków... Cóż można o nich powiedzieć, napisać? Po pierwsze: są z reguły puste i smutne; nie chodzimy, nie oglądamy. Dlaczego? Dlatego, że trwa epoka chaosu kryteriów. Epoka braku kanonu, wskutek czego nie wiemy co piękne, co brzydkie, w ogóle co te pojęcia znaczą. Kim jest artysta, czym malarstwo, rzeźba, grafika, w ogóle sztuka? Czy jest nią np. grafika komputerowa? Nie wiemy. Uprawnione jest wobec tego użycie — w odniesieniu do konkretnego zjawiska czy faktu — również takiej charakterystyki: epoka wtórności, zagubienia, a nawet szalbierstwa. Niektórzy ubolewają, że podobnie jest w literaturze, muzyce..."
Xx

Często decydują pieniądze płacone „artyście" przez snobów oraz (zwłaszcza) przez szefów muzeów, bo pierwsi mają zbyt dużo „luźnej kasy", a drudzy mają coroczny budżet na zakup sztuki, który trzeba rozdysponować. Więc kiedy słynna londyńska Galeria Tatę kupuje puszki, które Piero Manzoni napchał przed śmiercią fekaliami (i płaci przy tym za każdy gram fekaliów więcej niż kosztuje gram złota) — to wiadomo, że kupione zostało „dzieło sztuki", a dyrektor muzeum wyjaśnia dziennikarzom dyletantom, iż zakup był konieczny, bo „Manzoni to ważny międzynarodowy twórca". Głupio się robi dopiero wtedy, gdy krasnale znajdują testament Manzoniego, a tam oświadczenie, że nasrał w puszki i przedstawił to jako dzieło sztuki, by uzmysłowić światu działanie świata sztuki, zakłamanie ekspertów, krytyków, mecenasów i marszandów parających się sztuką nowoczesną.

Bezczeszczenie symboli katolickich, świętych katolickich i bóstw katolickich stało się modą „sztuki nowoczesnej" już kilkanaście lat temu. Nie oszczędza się nikogo i niczego.

Renę Cox zyskuje sławę, bo demonstruje „Ostatnią Wieczerzę", gdzie Chrystus to goła baba otoczona przez jedenastu czarnych apostołów, a dwunasty, Judasz, jest biały.

Museum of International Folk Art (Meksyk, Santa Fe) wystawiło prawie zupełnie gołą Matkę Boską (Nostra Senora de Guadelupe) - prawie, bo miała różane stringi.

Chris Ofili lepi Bożą Rodzicielkę z łajna słonia i twierdzi, że ma prawo, bo w Afryce łajno słonia jest symbolem płodności.

To wszystko pokazuje koszmarną niekompetencję zawodową i zwyczajną ludzką głupotę „renomowanych znawców" nowoczesnej sztuki, którzy jako arcydzieła kwalifikują wykonane w ZOO bazgroły małp (podsunięte do oceny bez ujawniania twórcy) lub rusztowanie budowlane przypadkowo zostawione w sali muzealnej przez robotników remontujących muzeum. Takie skandale każdorazowo wywoływały duży szum, lecz czy cokolwiek zmieniły?

Dyrektorce Muzeum Sztuki w Moritzburgu, dr Katji Schneider, dano do identyfikacji nowoczesne malowidło, które zidentyfikowała jako bezsporną pracę „wybitnego malarza", Ernesta Wilhelma Naya, laureata Nagrody Cuggenheimów, „Analiza wizualna chromów" miała świadczyć o ewidentnym autorstwie Naya. A tymczasem były to chromy napaćkane przez szympansicę Banghi (ZOO w Halle).

Przebojem tego typu była „Śmiejąca się głowa" brytyjskiego rzeźbiarza Davida Hensla - głowa umieszczona na prostym postumencie (sześcian typu pudło od telewizora). Hensel pragnął, aby wzięła udział w londyńskiej wystawie Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych, lecz że była duża - dostarczył ją dwuczęściowo: osobno zapakował głowę, a osobno postument. Muzealni fachowcy (jurorzy) najpierw rozpakowali głowę i odrzucili ją - nie została zakwalifikowana. Trochę później rozpakowali postument i zakwalifikowali go cmokając.

Najsławniejsze dzieła Marcela Duchampa — suszarka do butelek, koło rowerowe wmontowane w stołek, itp. — były rezultatem jego teorii kreującej nurt „ready-mades" (już zrobione; rzeczy gotowe). Krótko mówiąc: pan Duchamp eksponował przedmioty codziennego użytku jako dzieła sztuki.

Kiedy poproszono pół tysiąca wpływowych angielskich osobistości ze świata sztuki - artystów, kolekcjonerów, marszandów, dyrektorów i kustoszy muzeów, aby wskazali najwybitniejsze dzieło wieku XX - wygrała „Fontanna" Duchampa, czyli zwykła muszla klozetowa, bijąc malarstwo Cezanne'a, Matisse'a i Picassa. Eksperci przedłożyli ów pisuar nad wszystko inne, lekceważąc opinię rodaka, historiozofa sztuki, Herberta Reada, iż numery Duchampa to „dowcipy nie do odgrzewania, i nic więcej".

Jednak odgrzewa się te dowcipy bez ustanku, nadając zwykłym przedmiotom status dzieł sztuki, co sprawia, że właściwie każdy może być „artystą". Trzeba jeszcze zyskać medialne (reklamowe) wsparcie, a to już zależy czort wie od czego. Od łutu szczęścia, od „dojścia", od stopnia bezczelności? Lecz kiedy już się uda — forsa leci niby manna Mojżeszowa.

Tak więc za przyzwoleniem czy też błogosławieństwem kuratorów, dyrektorów, ekspertów itp. współcześni „geniusze" barwią „ready-mades" , fekalizują, bluźnią itp., bo są głupi, źle wychowani, źle wykształceni, zdegenerowani i zbuntowani przeciwko sztuce tradycyjnej .
Mają coś z Talibów, którzy rozwalili bezcenne skalne posągi Buddy w Bamiyan. Mają rozgłos. Mają dużo kasy. Nie mają tylko klasy, oraz szansy, by mega arbiter Czas uznał ich prowokacje za sztukę. Są wytwórcami odpadków.

cdn ?

sztuka dla początkujących...



Prawdą jest, że artystyczne widzenie świata, jest wewnętrznym widzeniem twórcy, a widz, który nie zdobędzie się na artystyczne spojrzenie na jego dzieło, nie może tego dzieła zrozumieć… Konieczny jest do tego wspólny język porozumienia, opierający się na subtelnym rozbudzaniu intuicji w obliczu natury i sztuki… Głoski owego języka, to symbole, znaki plastyczne „pisane” przez twórcę a „odczytywane” przez odbiorcę. Nie chodzi tutaj o widzenie ale odczytanie tego co czuje, co chce przekazać artysta…

Wiem, że w dzisiejszych czasach wielu pseudo malarzy nie chce nic przekazać poza informacją „kup mój obraz” (a ramę dostaniesz gratis…). Załóżmy, że oglądamy obrazy twórców, którzy mają duszę…

Sztuka – mimo całej swej różnorodności i bogactwa, mimo rozwoju i postępu, wspiera się na niewzruszonych zasadach obowiązujących zarówno dziś jak i sto tysięcy lat temu…
Ksawery Dunikowski

Powtórzę kolejny raz: prawdziwa sztuka nie jest naśladowaniem,
ale odkrywaniem rzeczywistości. Jest interpretacją artysty.
Dlatego uważam, że w sztuce (czytaj: malarstwie), nie da się już nic więcej „wymyśleć”, wszystko już zostało powiedziane (czytaj: namalowane) a później jeszcze wielokrotnie powtórzone. Ważna jest indywidualna interpretacja artysty. On „opowiada” temu, kto będzie jego obrazy oglądał.
Ile jest wierszy o miłości, samotności, strachu czy śmierci? Tysiące!!! Więc dlaczego jak maluje słoneczniki, które bardzo lubię albo Strzechę Akademicką, ktoś zarzuca mi, że się powtarzam, że już wielu to namalowało? I tutaj jest właśnie problem w rozumieniu sztuki… Zachód słońca nie jest równy zachodowi słońca… Słoneczniki – słonecznikom, choć ten sam tytuł, choć ten sam motyw… Na pewno inne „głoski”… Warto się w nie wczytać, aby je zrozumieć…

Paulo Coelho zapytany kiedyś dlaczego w swoich książkach o tym, co już wielokrotnie zostało powiedziane, odparł, że jeśli wszystko już zostało powiedziane, a jest choć jedna osoba, która nie zrozumiała, warto kolejny raz wszystko od początku opowiedzieć – „Mozę moja interpretacje zrozumie…?”.

Tymi słowami można wytłumaczyć tak częste sięganie wybitnych współczesnych twórców do tradycji. Tak zwane „wolne kopie” starych mistrzów. O zmianach decyduje jedynie interpretacja, która kształtuje wszystko na nowo. To udowadnia jak elastyczna jest rzeczywistość…

Tak więc zacznijmy wszystko od początku…
Od „głosek” w obrazach. Od mowy kształtów i barw.

Elementarne składniki obrazów…

Bez względu jaki obraz mamy przed sobą, nie znajdziemy na nim więcej niż trzech elementarnych składników: linii, plamy i koloru. Elementy te przekształcone w różnorodny sposób stanowią o wyrazie obrazu. Teoretycznie w naturze linie i plamy nie występują. Są natomiast przedmioty, postacie czy kolory… Nasze oko widzi je jako plamy i tak przedstawia je artysta na obrazie. Barwne płaszczyzny. Linie, które widzimy SA tylko granicami tych plam. Są elementem konstrukcyjnym naszego widzenia. Mówimy: linia horyzontu, ale widzimy po prostu horyzont… Mówimy: piękna linia samochodu, ale to po prostu samochód ma taki kształt…
Plama w obrazie, szczególnie mocno akcentowana jak u impresjonistów, zaciera rdzeń lini, „rozpyla” kształty, co wywołuje swoisty urok przez wrażenie ruchu i zmienności. Na ogół przewaga plamy nad linią w obrazie daje w efekcie wrażenie miękkości i ruchu, podczas gdy linia sugeruje konkretność statyczność (na ogół!).

Trzeci element, czyli kolor w obrazie opiera się przede wszystkim na kontraście, na oddziałowywaniu na siebie par kolorów dopełniających. Owo dopełnienie związane jest z reakcją na bodźce naszego oka. Gdy wpatrzycie się w czerwoną kartkę papieru i przeniesiecie wzrok na białą ścianę, to zobaczycie przez moment zieloną plamę… W taki sam sposób dopełniają się w naszym oku błękit z pomarańczem i żółty z fioletowym.

O tym, że czerwień, błękit i żółcień, to trzy podstawowe kolory niemożliwe do otrzymania z żadnych mieszanek, wiedzą chyba wszyscy. Jednak ważne są jeszcze trzy kolory pochodne: zielony, pomarańczowy i fioletowy. Zieleń – mieszanka żółci z błękitem, pomarańcz – czerwieni z żółcieniem a fiolet – czerwieni z błękitem. W sumie sześć kolorów, które stanowią tzw. Widmo światła białego, znane przez wszystkich jako tęcza…

Wszystkie inne barwy są ich odcieniami. Pozostaje jeszcze biel i czerń używane w malarstwie ale w naturze nie występujące… Czerń jest po prostu brakiem koloru a biel złamaniem (połączeniem) wszystkich kolorów…

Warte uwagi są brązy (kolory ziemi), sprawiają wrażenie oddzielnej grupy barw, ale są one tylko czerwienią z odchyleniem do fioletu i pomarańczu…

Cezanne – Czarny Zamek (zdjęcie u góry) – skomponowany na najprostszym kontraście pomarańczu z błękitem i czerwieni z zielenią…

Nie zawsze obrazy są malowane w tak czystych kontrastach. Kontrasty można przesuwać tak, że pomarańcz kontrastuje z brązem, błękit z żółcieniem a fiolet z czerwienią…
cdn ?

CZARNO-BIAŁO BEZ SŁÓW

























































czymże jest słowo…?
słowo słowu nierówne…
a niekiedy…
slowo słowa niewarte…
ja sławię słowo…
słowem swym…
bo w słowie sila…
i ze słow zrodziła się…
myśl ta…
aby wciąż dzielić się …
słowem…
więc jestem…
piszę…
maluję…
szukam…
mojej…
ziemi…
dalekiej…







Niedawno jeden z moich aniołów położył mi rękę na ramieniu i powiedział:
„Możesz wszystko, stać cię na to. Nic tak nie cieszy jak radość z tego co robisz i poczucie wolności - tej wewnątrznej… Właśnie ta twoja wolność najbardziej mnie zdumiewa i napełnia radością…”
Ja mimo wszystko i wbrew wszystkiemu jestem szczęśliwy…


Choć tyle składających się czynników na moje życie nie wskazywałoby na to…
W tym całym życiowym galimatiasie drogą jest dusza, która czasem zagłuszona czeka aż odnajdziemy w niej to co dla nas ważne. Żyjąc na wzór tego co jest „modne”, tracimy swój świat… (wiem powtarzam się…) tracimy życie…
Dusza jest jak czarna skrzynka w samolocie.



Ludzie którzy w nią nie wierzą są jak samoloty które myślą że są samochodami…



Czasami jestem małym, sfrustrowanym, wkurzonym facetem – kiedy podnoszę kolejne wyzwanie twórcze, życiowe - czuję się wzniosłą istotą… Częściej wolałbym być wielki i wspaniały niż mały i sfrustrowany. Szczęście to pradopodobie też możliwość wybrania najwspanialczej wersji siebie…


a ja idę wciąż przed siebie…
noc gwiazdy mi wysypała…
nad głową…
szukam …
drże…
wierszem…
co w zimny…
wieczór…
grzeje…
moje …
myśli…



Ostatnio rozglądałem się trochę po różnych portalach singlowych i randkowych… Ciekawość? Nie wiem… Wiem, że przyłoczyła mnie tamludzka samotność, bezradność…



poszukiwanie po omacku…
Czy to już epidemia samotnych?
Przecież bulwary, parki, restauracje pełne są wtulonych w siebie par.
Paradoks?
Niekoniecznie.
Żyjemy w czasach miłości na zamówienie, według zasady, że wszystkiego w życiu trzeba spróbować, z wszystkiego skorzystać, co stało się rodzajem nakazu, jakiemu jesteśmy stale poddawani przez media, popularną literaturę, kino, reklamę, biznes. Nigdy miłość i budowanie życia we dwoje nie było tak proste w swoim zamiarze i tak złożone w rzeczywistości. Chcemy wszystkiego: seksu i romantyzmu, uniesienia i czułości, wolności i bezpieczeństwa.
Wszystkiego.
Miłość stała się eksperymentem, który szybko triumfuje i jeszcze szybciej upada. W tym eksperymencie raz zamykamy się w sobie, raz otwieramy na świat. Samotnych więc przybywa, ale i pary mają obiecujące chwile przed sobą.
Dwa spojrzenia, które się spotkały w porannym ścisku zatłoczonego wagonu. Czy z tego może być miłość? Nikt tego nie wie. Jest nieprzewidywalna, figlarna, a czasem zuchwała i przebiegła… Pozostaje już tylko czekać, aż znów się spotkamy, bo za pierwszym razem zabrakło odwagi na słowo… i wierzyć, że jeszcze choć raz na siebie wpadniemy,
prosząc Anioła Stróża żeby nam pomógł…

skąpany w balsku poranka
ośnieżony połową zimy
czysty i niewinny
jak na anioła przystało
jesteś od rana przy mnie
czekasz aż otworzę oczy
a potem zapraszasz na
wspólne przezycie dnia…
aż do wieczora
kiedy musnięciem skrzydeł
zamykasz mi oczy…

gruszka w sosie toffffi...


niedziela, 4 stycznia 2009

gorąca herbata z marcepanem i lawędą
dodaje animuszu nawet tam
gdzie mocna kawa z cytryną
jest tylko profilaktycznym łataniem dziur...

podczas śniadania łamiemy na smaczne
kawałeczki i częstujemy się porankiem
najlepiej z miodem i kozim mlekiem
ozbieramy lepką poczwarkę snu i
bierzemy prysznic z kosów rozwieszonych
pod parapetami sąsiedniego lasun
akładamy świeże koszulkii tak rozradowani udajemy się następnie
do zatłoczonego podmiejskiego autobusu...

a on już rozwozi nas do miejscw których więdną wszystkie
dziecięce krajobrazy...



Wiem już jakiego chcę życia…Ta chęć i ta wiara wytworzyła się przez ostatnie kilka lat, dzięki aniołom, które spotkałem na swojej drodze…Działanie w ciągłym napięciu artystycznym i ciągłym przepływem energii pomiędzy życiem a tworzeniem…Daję z siebie wszystko każdemu pomysłowi…Jak to mówi jeden z moich aniołów: Potrafię zwolnić się ze snu…Po prostu tak musi być…Bez tego moja dusza umiera…

Często zdarza mi się godzinami siedzieć przed rozpoczętym obrazem, mrużąc oczy, szukając tego czegoś… Wewnętrznego świata obrazu… Przeżycia… artystycznego wyrazu…Kilka obrazów pozostało na mojej sztaludze niedokończonych…Mam nadzieję, że ich duch nie będzie mnie straszył po nocach..

Do dziś boję się ponurych emocjonalnych stanów, które odcinają przeżywanie a włączają instynkt… wiele w życiu przeszedłem… sam odkrywałem i budowałem swój świat… będąc zbyt nieśmiałym, wrażliwym czy zbuntowanym…Bez wskazówek, kontroli i wzorców…Czasami prowadziłem rozpaczliwą walkę…Miałem swój świat i przez to byłem postrzegany jako „inny”, „dziwny”…Coraz bardziej czułem czego mi brak…Te emocje stały się moja drogą…Bardzo wyboistą drogą…Dopiero po wielu latach zrozumiałem czego miałem za dużo…Wydawało by się że trochę za późno…Jednak jestem pewien, dzięki temu odkryciu, że to co robię dzisiaj, że twórczość moja oraz podejście do życia, że źródłem tego wszystkiego jest właśnie ta nierównowaga w nasyceniu wrażliwością i wyobraźnią. Z niej biorą się wszystkie lęki, wszystkie rozterki, poszukiwania, pytania, które zadaje sobie artysta… w chwili tworzenia… w chwili powstawania… w chwili realizowania siebie…

Nie wierzę w prowokowanie sztuką…Sztuka nie zaczyna się ani na prowokacji ani na filozofii tylko od przebudzenia. Podjęcia swojej własnej drogi. Zrozumienia swojej własnej indywidualności. To dotarcie do starych kodów, z którymi rodzimy się i obcujemy z pokolenia na pokolenie. Do tych najdawniejszych niepokojów i doświadczeń człowieka, dodaje swoje…Powstaje nowe przeżycie, mowy wewnętrzny świat na bardzo silnym fundamencie tradycji i zycia…



Piękno świata dostrzegamy w pojedynczych elementach, na przykład w gwiazdach na niebie, ptakach w powietrzu, rybach w wodzie i ludziach na ziemi.
Wilhelm z Conches



sobota, 3 stycznia 2009


Od paru lat zapełniam zeszyty i stare kalendarze swoimi myślami, zasłyszanymi historyjkami… Dzięki nim powstał ten blog… Tak już nagromadzone, po szufladach, szafkach, reklamówkach, że trzymanie ich dla samego przechowywania nie miało sensu…


a ja wciąż piszę
ku przestrodze
nie popełniajcie
mego błędu
nie zaplątujcie się
w słowa
nie zgubcie się
w pisaniu
poezja –
to nie są słowa…
to wiatr
zieleni liści
w słońcu
z szronem
na brwiach
z blaskiem
łzy w oku
i uśmiechem
pomiędzy
wersami…


Zauważyłem jeszcze w Warszawie, że świat, robi się coraz bardziej ciasny i bezwzględny. Ot, choćby to miasto. Tu nawet jeżeli jesteś milionerem, niewiele ci to pomoże. Nie masz, gdzie zaparkować samochodu, na dachach nie ma lądowisk dla helikopterów a za taksówkę zapłacisz więcej niż za bilet do Wrocławia…

Reakcja człowieka Zachodu: - Jest źle? Trzeba coś robić, żeby było lepiej! Reakcja Polaka: - Jest źle? To prawda, ale przecież mogłoby być jeszcze gorzej! ... Cywilizacja i cywilizacja… Wszyscy krzyczą, że jesteśmy w Europie – zawsze w niej byliśmy i żadnym usprawiedliwieniem jest półwieczne wpływy rusów w nasze państwo… Na Olemblerplatz zatrzymuje się tramwaj numer 6. Przyjeżdża tu co 15 minut. Stoję na przystanku, który jest pusty, ponieważ do przyjazdu tramwaju brakuje 6 minut. Te 6 minut ludzie poświęcają jakimś zajęciom, nie tracą ich na czekanie. Minutę przed planowanym nadejściem tramwaju przystanek zapełnia się. Ludzie wsiadają bez pośpiechu. Nikt się nie denerwuje, gdyż nic nikogo nie może zaskoczyć (np. że tramwaj nie przyjdzie na czas albo odjedzie nie zabierając wszystkich pasażerów). Co czyni tę cywilizację - cywilizacją? Nic tu nie jest rozgrzebane, rozprute, rozmamłane, porzucone; zachowaniem ludzi rządzi tu skupiona, rzetelna punktualność i przeżywanie życia a nie gonienie za nim... Ten tramwaj wielu naszym rodakom wciąż ucieka… Skracają sobie czas kontaktu z drugim człowiekiem mechanicznym wybijaniem esesmesów cze… Nara… itp. A kto pamięta jak się pisze prawdziwe listy? Kto wysłał normalną, kolorową kartkę pocztową na święta, a nie gifa z machającym mikołajem w emalii.. ? Jednokomórkowi artyści (czasami dwu…)…
Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że zdolności artystyczne były w człowieku wynikiem długiego procesu ewolucji, który zaczął dawać pomyślne rezultaty zaledwie kilka tysiącleci temu (Mezopotamia, Sumer, Elam, Ur, Egipt). Potem odkrycia malowideł naskalnych w grotach Altamiry (Hiszpania), w Lascaux (Francja), w górach Tassili na Saharze pozwoliły cofnąć chwilę pojawienia się człowieka-artysty w głąb paleolitu - a więc na kilkanaście tysięcy lat przed nami.
Kolejnym punktem zwrotnym są ostatnie lata XX wieku. W grudniu 1994 francuski badacz Jean-Marie Chauvet trafia w pobliżu ujścia Renu na jaskinię, w której znalazł, jak to natychmiast uznano -najstarsze malowidło świata, bo mające około 32 tysięcy lat. Wydany wkrótce potem album fotografii tych rysunków, nosi tytuł: Świt sztuki: Jaskinia Chauveta. Najstarsze malowidła świata. Ledwie jednak album Chauveta pojawił się w księgarniach Paryża, a później Nowego Jorku i Londynu, a już świat obiegła wiadomość, że w innej części naszej planety - w Australii - odkryto znacznie, znacznie wcześniejsze ślady sztuki. A mianowicie Richard Fullagar i grupa australijskich archeologów znaleźli w północno-zachodniej Australii wykute w skałach sylwetki zwierząt - kangurów i krokodyli, a także podobizny duchów. Ustalono, że dzieła te powstały 75 tysięcy lat temu, to znaczy, że są co najmniej dwukrotnie starsze niż malowidła z jaskini Chauveta. Ale to nie wszystko, bo jednocześnie znaleziono resztki ochry i narzędzi kamiennych służących do malowania na skałach, mające 116 tysięcy lat, a przy dokładniejszych badaniach ich wiek będzie można określić prawdopodobnie na 176 tysięcy lat…
Oznacza to największą rewolucję w naukach historycznych od czasów Homera i Tukidydesa. Trzeba będzie od nowa pisać zupełnie inną, niż wszystkie dotychczasowe, historię rodzaju ludzkiego, historię świata. Za kryterium przynależności do tego nowego rodzaju przyjęto umiejętność świadomego wytwarzania narzędzi. Ostatnie odkrycia, tak dramatycznie przesuwając wstecz działalność artystyczną człowieka, pozwalają sformułować nową, hipotetyczną definicję: człowiekiem był ten, kto nie tylko umiał zrobić narzędzie, ale także stworzyć - dzięki swojej wyobraźni i wrażliwości dzieła sztuki. A więc chodziło nie tylko o to, aby przetrwać, ale żeby żyć w pięknie, w świecie, w którym istniały nie tylko potrzeby ciała, ale i wymogi ducha. A więc pierwsze, najbardziej podstawowe kryterium człowieka: twórca, nie tylko wytwórca.

Ten, który nie samym chlebem żyje.
To co uderza, kiedy śledzimy dokonania artystyczne naszych praprzodków: to, to, że ta sztuka jest od razu doskonała. Żadnych ogniw pośrednich, żadnej ewolucji od prymitywu do wyrafinowania - od zarania jest to wspaniałe, wielkie. Tak więc od początku sztuka powstawała (tak jak jest i dziś z każdym jej wielkim dziełem) - z iskry, z natchnienia, z momentu olśnienia, z wizji tak nagłej i ulotnej jak światło błyskawicy. W gruncie rzeczy nikt nie poprzedzał Szekspira, Mozarta i Boscha, tak jak nikt nie poprzedzał twórców z Altamiry, z Sahary i Australii.
I pytanie najtrudniejsze: ta zdumiewająca cisza dziesiątków tysięcy lat. Bo w 1996 roku odkryto najstarsze ślady pisma. Znajdują się w Syrii, koło Jerf el-Ahmar i mają 10 tysięcy lat. Ale przed tym? Co działo się przed tym? Co znaczą te wspaniałe malowidła bizonów, koni, ptaków i ryb? Tych ludzi w dzidami w ręku? Cisza. Milczenie. Tajemnica…
Zanim ktokolwiek w tamtych czasach pomyślał o literkach do przekazywania informacji, już nasz praprzodek dzielił się swoimi wizualnymi odczuciami, pokazywał na ścianach jaskiń (wtedy nie było jeszcze nawet komórek do mieszkania) to co jego oczy widziały a dusza przeżyła…
Dzisiaj niestety ważniejsze jest literka wpisana w komórce niż wschód słońca, czy róża samotna, jeszcze nie zdeptana w centrum miasta na klombie…
Największą radość sprawia mi odkrywanie niezwykłości w rzeczach najbardziej zwyczajnych. Idąc drogą mijamy fragmenty pejzażu, widoki okolicy, stojące domy, płoty i drzewa. Te obrazy świata rozpięte po obu stronach drogi możemy przemieniać, przemieszczać, tworzyć niezliczone panoramy, zestawy, kompozycje. Nasza wyobraźnia spotyka tę przydrożną wystawę obrazów, zmienia ich porządek, tworzy własne układy, proponuje nowe warianty. Bawisz się tym, cieszysz, jeżeli przyjdzie ci jakiś pomysł, szukasz nowych konceptów i rozwiązań. Wracasz rano i czekasz wieczora, aby przeżyć to w różnych chwilach światła…

Piękno jest zawsze dziwaczne. Rzec nie chcę, iż jest dziwaczne w sposób dobrowolny i na zimno, bo w takim przypadku byłoby potworem, wykolejonym z torów życia. Mówię, że zawiera zawsze odrobinę dziwaczności, która sprawia, że szczególnie jest piękne.

Charles Baudelaire



Piotr Potworowski. Wspaniały malarz. Skupiony przy sztalugach, pogrążony w swoim świecie barwy i nastroju. Potworowski pokazuje, że pejzaż jest kolorem: kiedy maluje obrazy Anglii - kolory są przygaszone, matowe, szare, kiedy Hiszpanię - dominują żółcie, ochry, cynober, kolory piaskowe, kiedy las - całe płótno wypełnia zieleń, różne odcienie, tonacje, zgęszczenia zieleni. Malarz pokazuje nam, jak zieleń jest przebogata w gradacje, w niuanse, w kontrasty i że jest całym nieskończonym światem. Zieleń go urzeka, przykuwa, stara się poznać jej materię, dotrzeć do jej esencji, zgłębić jej tajemnicę.

Ale obraz, przed którym stałem najdłużej, a potem kilkakrotnie do niego wracałem, nie jest zielony, ale brązowy i czarny. Nosi tytuł „Ślad wojny”. jest namalowany na płótnie z worka. To płótno jest niezmiernie ważne, bo worek to jeden z symboli wojny, równie jak karabin, okop i zburzony dom. Bezbronni i przerażeni ludzie tułają się po drogach wojny niosąc w workach resztki swojego dobytku. W workach dostarcza się ziarna głodującym w obozach uchodźców: widok worka budzi wówczas radość i nadzieję przetrwania. Pusty worek wreszcie, to, jak w Afryce, jedyne ubranie biedaków. I kobiety, i mężczyźni chodzą w workach, którym rozpruwają dno i noszą je zamiast koszuli lub sukienki. Worek - symbol biedy, bezradności, ale i ratunku…
W końcu ktoś wymyślił literki, uporządkował je. Po jakimś czasie wydrukowano książkę. Rozwijała się literatura… zmieniała, ewoluowała (trudne słowo), poszukiwała, zaskakiwała i porywała… Znów artysta… malarstwo… pozwala lepiej zrozumieć literaturę (problemy jej warsztatu, gatunków itd.). Np. twórczość wielkiego malarza amerykańskiego - Jaspersa Johnsa: w jego malarstwie zmienia się wszystko - style, formy, gatunki - Johns tworzy na różne sposoby, szuka różnych rodzajów wypowiedzi. „Od czterdziestu lat - pisze Calvin Tomkins na marginesie nowojorskiej wystawy Johnsa - nikomu nie udaje się zdefiniować i zaszeregować tego malarstwa. Obecna wystawa również nie stara się narzucić jednolitej, ostatecznej interpretacji jego sztuki. Zmienia ona ciągle kierunki poszukiwań. Najogólniej uderza nieobecność człowieka, w otoczeniu stworzonym przez człowieka. Na jego obrazach występuje napięcie między figuratywnymi i niefiguratywnymi elementami. Rzeczy nie łączą się tu ze sobą, są sprzecznością, której malarz nie próbuje rozwiązać”.

Między obu tymi światami zaciera się granica. (Krytycy sięgają do teorii Duchampa, do jego myśli o bezwartościowości, o przypadkowości świata.) Sprawność - oto co najbardziej zagraża współczesnej sztuce. Sprawność, poprawność, zręczność, blichtr i jakaś ziejąca z tego - drugorzędność i pustka.


„...tam, gdzie nie ma treści domagającej się upostaciowania,
nic nie pomoże wynajdywanie form „
(Werner Heisenberg - Ponad granicami).

Kryzys sztuki polega dziś w dużym stopniu na bierności, pasywności odbiorców, na ich odmowie udziału we współtworzeniu.

„Doznawanie sztuki nie jest ani łatwe, ani mechaniczne. Wymaga i wysiłku, i dobrej woli”.
Zbigniew Bieńkowski

Troszeczkę dobrej woli, umówcie się na każdą pierwszą sobotę miesiąca w galerii lub muzeum… znajdźcie coś, co was urzecze, napiszcie mi o tym… wyślijcie zdjęcie…
Jak czegoś nie rozumiecie, nie negujcie, inność też ma prawo życia…

pozdrawiam
mati


Kilka dni obżarstwa, kilka dni wzmożonej pracy, rozwiązywanie tego co się powinno rozwiązać przed końcem starego roku, alchemiczne przygotowania do egzaminu, w końcu parę chwil aby napisać to co przez ostatnie noce przyszło mi do głowy…

Mam nadzieję, że wszyscy się świetnie bawiliście na sylwestrowych imprezach, a ja kolejny rok oszczędziłem sobie na wydatkach sylwestrowych… Dokończyłem starą lekturę Dialogu i wróciłem do Seneki napisałem nowy wiersz, pierwszy w tym roku…

dotknij mnie
proszę…
obojętny przechodzień
czy wyczuł
moją tęsknotę?
zaciskam oczy
owijam ręce
wokół ciała
nikogo nie wpuszczę…
a jednak…
dotknij mnie
proszę…
Pytanie na Nowy Rok:
Dlaczego?
Wszyscy dzisiaj żyję w takim napięciu i lęku?
Postęp naciska na człowieka, pcha do agresji. Do samozagłady.
Im bardziej akceptujemy każdą nowość jako postęp, w którym musimy uczestniczyć,
tym bardziej się pogrążamy…
Za wszystkim się nie nadąży…
Tworzą się sztuczne środowiska…
Ludzie boją się, że wypadną na margines…
Udają, kłamią, grają aby być akceptowanym…
Tracą swoją indywidualność…
W imię czego?
Dlaczego?


Książka:
Mądra i piękna „Listy do Lucjusza” Seneki…
Książka która przynosi ukojenie, krok po kroku tłumacząc inną perspektywę życia…

Wróciłem do suchych pasteli, moje ręce znów nie wytrzymały olejnego tempa… „Pospacerowałem” trochę po whartonowskich zaułkach Paryża, mam już gotowe projekty pięciu obrazów – studia pastelowe… A na sztaludze portret, brązowo-szare oczy i cisza…
W tym co maluję, nie interesuje mnie rzeczywistość w postaci bezpośredniej, tej namolnej, przytłaczającej, wyniszczającej, pełnej kłamstw. Dosłownie chodzi mi o przetworzenie jej w rzeczywistość magiczną, w której jest więcej prawdy. Prawdą jest nasza wewnętrzna rzeczywistość, nasze emocje (chyba, że ktoś świetnie potrafi siebie samego oszukiwać…). Na świecie za często pozwalamy na manipulację, preparowanie prawdy. To nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, choć ją udaje…

Samotność jest wpisana w ludzki los. Samotność i strach to dwa czynniki, które nas formują. Dostrzeżenie tego, że jestem inny niż inni, wyrażam zgodę na inność innych i tym samym na swoją indywidualność. I że muszę się uporać ze sobą, nauczyć się żyć. Pokonać lęk przed własnymi wadami… Jestem przeciwnikiem narzucania ludziom wzorców i stylów życia, to niszczy indywidualność w człowieku…

Obraz:
„Ogród ziemskich rozkoszy”– Hieronima Boscha…
(Więcej o nim i innych ulubionych malarzach szukaj w: „piękno w sztuce”…)

A jest tu zaiste piękno jeszcze bardziej prawdziwe, kiedy mianowicie ujrzysz w kimś i uwielbisz mądrość, nie patrząc zgoła na jego twarz, bo twarz może sobie być brzydka, kiedy po prostu pominiesz całą jego postać zewnętrzną i będziesz „ścigać" tylko jego wewnętrzne piękno.

Plotyn




piątek, 19 grudnia 2008





Żyjesz, kiedy widzisz,
kiedy słuchasz,
kiedy wąchasz,
kiedy smakujesz,
kiedy pieścisz i rodzisz,
kiedy mówisz,
kiedy myślisz,
kiedy utrzymujesz równowagę,
czyli kiedy czujesz i kiedy się boisz.
Pozbądź się "kiedy",
a przekonasz się
czym jest to
co kiedy!







Za kilka dni zaczynam 34 rok życia (kalendarzowy), w końcu muszę się stać dojrzały. Facetowi po trzydziestce nie wypada popełniać tyle błędów i głupot... We wcześniejszym okresie mojego życia mogą ogólnie rzecz biorąc, powiedzieć, że myślałem mniej perpsektywistycznie. Teraz staram się kreować swój świat dokonywać słusznych wyborów, mam taką przynajmniej nadzieję…
Zrozumiałem, że wiedza, bardzo dużo pomaga w codziennej pracy. Wróciłem do nauki, mądrzejszy o wiele ciekawych spostrzeżeń i wniosków….



Złapałem właściwą perspektywę w ocenie rzeczywistości, teraz wiem, że nie wszystko jest ważne. Wiem, że pieniądze i pogoń za nimi jest najgorszą głupotą obecnych czasów. Człowiek zapatrzony tylko za ile, po ile traci poczucie prawdziwego życia…



Żyjemy w czasach, w których „równouprawnienie” rodzi pobłażliwość dla nieuctwa i głupoty. Potężny moloch mediów bez problemu stwarza z zera – mędrca i bohatera, który staje się wzorem dla milionów maluczkich. Ponieważ wzorce te mają charakter czysto zewnętrzny – ubiór, uczesanie, tryb życia, maniera mówienia i mędrkowania – bez wysiłku można szybko poczuć się kimś ważnym i znaczącym…



Gdzie te czasy, w których aby osiągnąć uznanie potrzebne były lata nauki i pracy? Gdzie te czasy, w których istniał kult ludzi wybitnych pod względem kompetencji i mądrości? Teraz ludzie zachwycają się spryciarzami i hucpiarzami. Gdzie te czasy, w których wstyd było się przyznać, że nie zna się Szekspira lub Mozarta?



Dzisiaj, niektórzy, nie tylko nie czują żadnego wstydu z tego powodu, lecz okazują coś w rodzaju dumy, że nie traci się czasu na takie głupoty. Trudno takim ludziom wytłumaczyć, jak dużo tracą z prawdziwego życia, wiodąc swój upośledzony żywot wśród muzycznej sieczki, telenowel i podrzędnych czytadeł. Ilu rzeczy w życiu nie zrozumieją i nie przeżyją. Najgorsze jest to, że owe prostackie życie staje się bardzo agresywne. Za delikatną uwagę, że ktoś jest „niedouczony” (czytaj „ciemny”), można dostać w twarz (czytaj „po ryju”), a populistyczna telewizja, zalewająca teledurniejami (jak to ładnie określił Stanisław Tym), utwierdza ich w przekonaniu, że oni są cool i że przed nimi ludzkość mieszkała w jaskiniach…
Dzisiaj już nie ma żadnych ideałów, wzorców piękna, żadnej historii sztuki, która staje się przedmiotem studiów nielicznych dziwaków. Co prawda sztuka zawsze była elitarna, ale przynajmniej ci, którzy jej nie rozumieli, nie uważali się za lepszych i zdawali sobie sprawę ze swojej niewiedzy.



Na temat jednego z moich wcześniejszych postów dostałem „wiadomość” ze stwierdzeniem, że szuka jest niedostępna dla zwykłego człowieka i stąd jest takie podejście ludzi (przynajmniej tak zrozumiałem) do niej. Przecież muzea, galerie wręcz krzyczą „Proszę! Wejdź do mnie! Zobacz coś pięknego…!”, a człowiek w pędzie tego świata, z braku wyedukowanej wrażliwości na piękno i sztukę nie zwraca na to uwagi. Nie posiada własnej potrzeby obcowania z pięknem. Jedyna szuka na którą jeszcze się decyduje to kino…, ale też są to SUPER-IDIOT-HITY, prawdziwe kino nie ma szans na milionową frekwencję, bo za mało krwi, przekleństw, seksu, wybuchów itp. … Potrafi przeżywać nominacje w Wielkim Bracie, poniżające wygłupy jurorów w Idolu, dobrać kolor skóry w komórce, a piękno malarstwa czy klasycznej muzyki, które trwa od wieki wieków jest dla niego bezsensowno stratą czasu…



Teraz wszyscy maluczcy świata połączyli się w jednolity globalny trend konsumpcji masowej. Front ten jest nie do pokonania. Aktywnie walczy z innością, indywidualnością. Wszyscy mają być tacy sami i nie wychylać się. Założenie, że życie jest bardziej skomplikowane, niż się wydaje, rodzi niepohamowana agresję. Prostota życia, brak chęci odczuwania i głębszego myślenia, daje im poczucie bezpieczeństwa. Wszystko, co jest niezrozumiałe, nie ma prawa istnienie, bo nie potrafią, chociaż przyjąć do wiadomości, nie mówiąc już o zrozumieniu, że może być coś, czego nie rozumieją, o czym nie mają zielonego czy czerwonego pojęcia.



Na szczęście, człowiek jeszcze może wyrwać się z koła kultury masowej („kamiennego kręgu”) do swojego własnego, niestandardowego świata. Można dzięki klasycznej muzyce, literaturze, sztuce spotkać się z wielkimi umysłami ludzi genialnych, niespotykanych w naszych miałkich czasach wielkiej technologii, w pokoleniu jedno-komórkowców (plus kciuk, który musi być bardzo wyćwiczony, bo inaczej to „obciach”). Technologii, która swoim blichtrem i rykiem zagłusza prawdziwe przeznaczenie człowieka – bycia samym sobą…



Udało się…



Wciąż realizuję siebie, próbuję tworzyć swój własny świat, nie okłamując samego siebie. Wiem, że Nata jedną, najważniejszą rzecz w życiu muszę ciężko pracować, a nauka, praca projekty, które realizowałem, realizuję i planuję zrealizować są kolejnym etapem (tylko i aż), zdobywaniem kolejnych doświadczeń i uczeniem się życia. Często szukam rozmowy z drugim człowiekiem – jest to bardzo trudne, najczęstsze tematy to, kto kogo jak w pracy, w szkole, na uczelni, ile zarobił i ile wydał, co kupił zaje………. i jak ciężko dzisiaj wyżyć, bo sami złodzieje dookoła… Kiedy opowiadam o swoich zajęciach z dziećmi, o kontaktach z osobami niepełnosprawnymi, którzy zostali przez maluczkich wyrzuceni za nawias społeczeństwa, pytają się mnie ile z tego wyciągam… Nic… Uważają mnie za wariata… Czy tak trudno jest zrozumieć fakt dawania bez oczekiwania niczego w zamian? Czy dziwne jest, że mogą być na świecie „niematerialiści”, nawet, jeżeli nawrócony… z wieloma grzechami w przeszłości…? Ja już wiem, że chęć posiadania pieniędzy szczęścia nie daje, człowiek wpada w amok, chce mieć coraz więcej, kombinuje, kłamie, oszukuje, niszczy cały świat dookoła siebie, aby mieć… Po wielu latach wróciłem do siebie, jestem szczęśliwy i wolny… Mam satysfakcję, że idę swoją drogą i jest to dobry kierunek i mam nadzieję, że będę mógł powiedzieć: To jestem ja, to jest moja pełna wypowiedź artystyczna, to jest moja wizytówka…



Bądźcie inni!



Nie powiększajmy tłumu szaraków, nie traćmy czasu na to by się dowiedzieć ile par butów ma Madonna czy ile kolczyków i gdzie ma Michał Wiśniewski. Poznawajmy jak najwięcej z tego, co stworzyła ludzkość przez wieki swojego istnienia. Tylko to może nas uratować od powrotu do prymitywu… Nie bądźmy dodatkiem do maszyn, które sami stworzyliśmy. Poznawajmy niepowtarzalność samych siebie!!!



Tego Wam z całego serca życzę w Nowym Roku.

Dłonią dotykam młodych pąków świerczka
przystrojonego w domu moich snów
czuję palcami zapach jego igliwia
bo tak musi być, już święta
myślę i pamiętam...
(dla Kasi)

W samotni moich myśli ostatni wiersz w tym roku klecę
z tych słów ostatnich, co gdzieś zapomniane
jeszcze raz wracają w niewypitym szampanie,
w nietrzymanym szkle, w tańcu niewytańczonym, w kwiecie
nigdy niedanym tej lub tamtej dziewczynie,
w pieśni, co niewybrzmiała zawsze za mną ginie.
Odrzucam słowa, co pomiędzy wierszami pozostaną na wieki,
a winne być wreszcie w niepamięć zagnane.
Zostają w przeszłości jak w sztambuch wpisane,
jak jakieś obce, jakieś nie byłe, znane jak kraj daleki,
dla nich istnieje miejsce w kurzu i w pyle,
gdzie zapomniane przystaną, jak my - tylko na chwilę.

Pozdrawiam wszystkich przyjaciół, znajomych i nieznajomych, kolorowych świąt i spokojnego Nowego 2009 Roku!











zapraszm na zakończenie roku z moimi obrazami


Gdzieś w bezpiecznym zamknięciu
na horyzoncie siatkówki
w objęciach rzęs, poszarpanych
skrzeniem kolorowych objawień,
zatrzymane w pół oddechu, z niedowierzaniem,
zapachy nagich drzew, jezior i kobiet,
ciepły deszcz nieskrępowanych wrażeń
od buńczucznie brudnych opuszek
przez dumnie zarośnięty tors i dalej,
z każdym szczerym dotykiem;
słaba myśl - jestem - z flagą victorii
pośród burzy mózgów
galerie przekonań i wiary,
i ja - w dowoli leśnych perspektyw
rześki i syty, bez skórzanych przegródek
przyklejonych ciepłym płaczem do ciała;
tyle radości pod zmrużoną powieką...