sobota, 3 stycznia 2009


Od paru lat zapełniam zeszyty i stare kalendarze swoimi myślami, zasłyszanymi historyjkami… Dzięki nim powstał ten blog… Tak już nagromadzone, po szufladach, szafkach, reklamówkach, że trzymanie ich dla samego przechowywania nie miało sensu…


a ja wciąż piszę
ku przestrodze
nie popełniajcie
mego błędu
nie zaplątujcie się
w słowa
nie zgubcie się
w pisaniu
poezja –
to nie są słowa…
to wiatr
zieleni liści
w słońcu
z szronem
na brwiach
z blaskiem
łzy w oku
i uśmiechem
pomiędzy
wersami…


Zauważyłem jeszcze w Warszawie, że świat, robi się coraz bardziej ciasny i bezwzględny. Ot, choćby to miasto. Tu nawet jeżeli jesteś milionerem, niewiele ci to pomoże. Nie masz, gdzie zaparkować samochodu, na dachach nie ma lądowisk dla helikopterów a za taksówkę zapłacisz więcej niż za bilet do Wrocławia…

Reakcja człowieka Zachodu: - Jest źle? Trzeba coś robić, żeby było lepiej! Reakcja Polaka: - Jest źle? To prawda, ale przecież mogłoby być jeszcze gorzej! ... Cywilizacja i cywilizacja… Wszyscy krzyczą, że jesteśmy w Europie – zawsze w niej byliśmy i żadnym usprawiedliwieniem jest półwieczne wpływy rusów w nasze państwo… Na Olemblerplatz zatrzymuje się tramwaj numer 6. Przyjeżdża tu co 15 minut. Stoję na przystanku, który jest pusty, ponieważ do przyjazdu tramwaju brakuje 6 minut. Te 6 minut ludzie poświęcają jakimś zajęciom, nie tracą ich na czekanie. Minutę przed planowanym nadejściem tramwaju przystanek zapełnia się. Ludzie wsiadają bez pośpiechu. Nikt się nie denerwuje, gdyż nic nikogo nie może zaskoczyć (np. że tramwaj nie przyjdzie na czas albo odjedzie nie zabierając wszystkich pasażerów). Co czyni tę cywilizację - cywilizacją? Nic tu nie jest rozgrzebane, rozprute, rozmamłane, porzucone; zachowaniem ludzi rządzi tu skupiona, rzetelna punktualność i przeżywanie życia a nie gonienie za nim... Ten tramwaj wielu naszym rodakom wciąż ucieka… Skracają sobie czas kontaktu z drugim człowiekiem mechanicznym wybijaniem esesmesów cze… Nara… itp. A kto pamięta jak się pisze prawdziwe listy? Kto wysłał normalną, kolorową kartkę pocztową na święta, a nie gifa z machającym mikołajem w emalii.. ? Jednokomórkowi artyści (czasami dwu…)…
Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że zdolności artystyczne były w człowieku wynikiem długiego procesu ewolucji, który zaczął dawać pomyślne rezultaty zaledwie kilka tysiącleci temu (Mezopotamia, Sumer, Elam, Ur, Egipt). Potem odkrycia malowideł naskalnych w grotach Altamiry (Hiszpania), w Lascaux (Francja), w górach Tassili na Saharze pozwoliły cofnąć chwilę pojawienia się człowieka-artysty w głąb paleolitu - a więc na kilkanaście tysięcy lat przed nami.
Kolejnym punktem zwrotnym są ostatnie lata XX wieku. W grudniu 1994 francuski badacz Jean-Marie Chauvet trafia w pobliżu ujścia Renu na jaskinię, w której znalazł, jak to natychmiast uznano -najstarsze malowidło świata, bo mające około 32 tysięcy lat. Wydany wkrótce potem album fotografii tych rysunków, nosi tytuł: Świt sztuki: Jaskinia Chauveta. Najstarsze malowidła świata. Ledwie jednak album Chauveta pojawił się w księgarniach Paryża, a później Nowego Jorku i Londynu, a już świat obiegła wiadomość, że w innej części naszej planety - w Australii - odkryto znacznie, znacznie wcześniejsze ślady sztuki. A mianowicie Richard Fullagar i grupa australijskich archeologów znaleźli w północno-zachodniej Australii wykute w skałach sylwetki zwierząt - kangurów i krokodyli, a także podobizny duchów. Ustalono, że dzieła te powstały 75 tysięcy lat temu, to znaczy, że są co najmniej dwukrotnie starsze niż malowidła z jaskini Chauveta. Ale to nie wszystko, bo jednocześnie znaleziono resztki ochry i narzędzi kamiennych służących do malowania na skałach, mające 116 tysięcy lat, a przy dokładniejszych badaniach ich wiek będzie można określić prawdopodobnie na 176 tysięcy lat…
Oznacza to największą rewolucję w naukach historycznych od czasów Homera i Tukidydesa. Trzeba będzie od nowa pisać zupełnie inną, niż wszystkie dotychczasowe, historię rodzaju ludzkiego, historię świata. Za kryterium przynależności do tego nowego rodzaju przyjęto umiejętność świadomego wytwarzania narzędzi. Ostatnie odkrycia, tak dramatycznie przesuwając wstecz działalność artystyczną człowieka, pozwalają sformułować nową, hipotetyczną definicję: człowiekiem był ten, kto nie tylko umiał zrobić narzędzie, ale także stworzyć - dzięki swojej wyobraźni i wrażliwości dzieła sztuki. A więc chodziło nie tylko o to, aby przetrwać, ale żeby żyć w pięknie, w świecie, w którym istniały nie tylko potrzeby ciała, ale i wymogi ducha. A więc pierwsze, najbardziej podstawowe kryterium człowieka: twórca, nie tylko wytwórca.

Ten, który nie samym chlebem żyje.
To co uderza, kiedy śledzimy dokonania artystyczne naszych praprzodków: to, to, że ta sztuka jest od razu doskonała. Żadnych ogniw pośrednich, żadnej ewolucji od prymitywu do wyrafinowania - od zarania jest to wspaniałe, wielkie. Tak więc od początku sztuka powstawała (tak jak jest i dziś z każdym jej wielkim dziełem) - z iskry, z natchnienia, z momentu olśnienia, z wizji tak nagłej i ulotnej jak światło błyskawicy. W gruncie rzeczy nikt nie poprzedzał Szekspira, Mozarta i Boscha, tak jak nikt nie poprzedzał twórców z Altamiry, z Sahary i Australii.
I pytanie najtrudniejsze: ta zdumiewająca cisza dziesiątków tysięcy lat. Bo w 1996 roku odkryto najstarsze ślady pisma. Znajdują się w Syrii, koło Jerf el-Ahmar i mają 10 tysięcy lat. Ale przed tym? Co działo się przed tym? Co znaczą te wspaniałe malowidła bizonów, koni, ptaków i ryb? Tych ludzi w dzidami w ręku? Cisza. Milczenie. Tajemnica…
Zanim ktokolwiek w tamtych czasach pomyślał o literkach do przekazywania informacji, już nasz praprzodek dzielił się swoimi wizualnymi odczuciami, pokazywał na ścianach jaskiń (wtedy nie było jeszcze nawet komórek do mieszkania) to co jego oczy widziały a dusza przeżyła…
Dzisiaj niestety ważniejsze jest literka wpisana w komórce niż wschód słońca, czy róża samotna, jeszcze nie zdeptana w centrum miasta na klombie…
Największą radość sprawia mi odkrywanie niezwykłości w rzeczach najbardziej zwyczajnych. Idąc drogą mijamy fragmenty pejzażu, widoki okolicy, stojące domy, płoty i drzewa. Te obrazy świata rozpięte po obu stronach drogi możemy przemieniać, przemieszczać, tworzyć niezliczone panoramy, zestawy, kompozycje. Nasza wyobraźnia spotyka tę przydrożną wystawę obrazów, zmienia ich porządek, tworzy własne układy, proponuje nowe warianty. Bawisz się tym, cieszysz, jeżeli przyjdzie ci jakiś pomysł, szukasz nowych konceptów i rozwiązań. Wracasz rano i czekasz wieczora, aby przeżyć to w różnych chwilach światła…

Piękno jest zawsze dziwaczne. Rzec nie chcę, iż jest dziwaczne w sposób dobrowolny i na zimno, bo w takim przypadku byłoby potworem, wykolejonym z torów życia. Mówię, że zawiera zawsze odrobinę dziwaczności, która sprawia, że szczególnie jest piękne.

Charles Baudelaire



Piotr Potworowski. Wspaniały malarz. Skupiony przy sztalugach, pogrążony w swoim świecie barwy i nastroju. Potworowski pokazuje, że pejzaż jest kolorem: kiedy maluje obrazy Anglii - kolory są przygaszone, matowe, szare, kiedy Hiszpanię - dominują żółcie, ochry, cynober, kolory piaskowe, kiedy las - całe płótno wypełnia zieleń, różne odcienie, tonacje, zgęszczenia zieleni. Malarz pokazuje nam, jak zieleń jest przebogata w gradacje, w niuanse, w kontrasty i że jest całym nieskończonym światem. Zieleń go urzeka, przykuwa, stara się poznać jej materię, dotrzeć do jej esencji, zgłębić jej tajemnicę.

Ale obraz, przed którym stałem najdłużej, a potem kilkakrotnie do niego wracałem, nie jest zielony, ale brązowy i czarny. Nosi tytuł „Ślad wojny”. jest namalowany na płótnie z worka. To płótno jest niezmiernie ważne, bo worek to jeden z symboli wojny, równie jak karabin, okop i zburzony dom. Bezbronni i przerażeni ludzie tułają się po drogach wojny niosąc w workach resztki swojego dobytku. W workach dostarcza się ziarna głodującym w obozach uchodźców: widok worka budzi wówczas radość i nadzieję przetrwania. Pusty worek wreszcie, to, jak w Afryce, jedyne ubranie biedaków. I kobiety, i mężczyźni chodzą w workach, którym rozpruwają dno i noszą je zamiast koszuli lub sukienki. Worek - symbol biedy, bezradności, ale i ratunku…
W końcu ktoś wymyślił literki, uporządkował je. Po jakimś czasie wydrukowano książkę. Rozwijała się literatura… zmieniała, ewoluowała (trudne słowo), poszukiwała, zaskakiwała i porywała… Znów artysta… malarstwo… pozwala lepiej zrozumieć literaturę (problemy jej warsztatu, gatunków itd.). Np. twórczość wielkiego malarza amerykańskiego - Jaspersa Johnsa: w jego malarstwie zmienia się wszystko - style, formy, gatunki - Johns tworzy na różne sposoby, szuka różnych rodzajów wypowiedzi. „Od czterdziestu lat - pisze Calvin Tomkins na marginesie nowojorskiej wystawy Johnsa - nikomu nie udaje się zdefiniować i zaszeregować tego malarstwa. Obecna wystawa również nie stara się narzucić jednolitej, ostatecznej interpretacji jego sztuki. Zmienia ona ciągle kierunki poszukiwań. Najogólniej uderza nieobecność człowieka, w otoczeniu stworzonym przez człowieka. Na jego obrazach występuje napięcie między figuratywnymi i niefiguratywnymi elementami. Rzeczy nie łączą się tu ze sobą, są sprzecznością, której malarz nie próbuje rozwiązać”.

Między obu tymi światami zaciera się granica. (Krytycy sięgają do teorii Duchampa, do jego myśli o bezwartościowości, o przypadkowości świata.) Sprawność - oto co najbardziej zagraża współczesnej sztuce. Sprawność, poprawność, zręczność, blichtr i jakaś ziejąca z tego - drugorzędność i pustka.


„...tam, gdzie nie ma treści domagającej się upostaciowania,
nic nie pomoże wynajdywanie form „
(Werner Heisenberg - Ponad granicami).

Kryzys sztuki polega dziś w dużym stopniu na bierności, pasywności odbiorców, na ich odmowie udziału we współtworzeniu.

„Doznawanie sztuki nie jest ani łatwe, ani mechaniczne. Wymaga i wysiłku, i dobrej woli”.
Zbigniew Bieńkowski

Troszeczkę dobrej woli, umówcie się na każdą pierwszą sobotę miesiąca w galerii lub muzeum… znajdźcie coś, co was urzecze, napiszcie mi o tym… wyślijcie zdjęcie…
Jak czegoś nie rozumiecie, nie negujcie, inność też ma prawo życia…

pozdrawiam
mati

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz